Wiadomości
Po tym jak Jarosław Kaczyński zdeklasował "ostatnią nadzieję białych” Tomasza Lisa, myślałem, że PiS jest w stanie sięgnąć po władzę albo w najgorszym razie mieć 2-3 proc. mniejsze popracie niż PO. Jednak szybko po programie głównym newsem stały się słowa Kaczyńskiego o Angeli Merkel z jego książki wyborczej. Prezes zamiast szybko zamieść je pod dywan i nie wracać do tematu (jednocześnie po cichu wyrzucając na twarz ze sztabu ludzi, którzy dopuścili do ich publikacji) w bezsensowny sposób rozwodził się nad nimi w wywiadzie dla “Newsweeka”. Potem zaś dał się sprowokować wygładniałym “pisowskiego języka” żurnalistom na głodzie narokotycznym, i palnął szkodliwą uwagę o dziennikarzu TVN. Prezes powtórzył dokładnie ten sam manewr kilka lat wcześniej po ocieplającej go kampanii z trzemia aniołkami, gdzie szybko zbeształ na konferencji prasowej reportera RMF-ki za jego rzekomą proniemieckość. Ta, pożal się Boże, “Merkel-afera” pokazała, że nie wszystko w sztabie PiS-u było dopięte na ostatni