Terlikowski: I co drodzy obrońcy mesjasza lewicy?
To, że Palikot jest zwyczajnym chamem, który nie ma poglądów, wiadomo było od dawna. Jednak jego ataki na Lecha Kaczyńskiego (przynajmniej równie chamskie) były przez salon, także dziennikarski, nie tylko tolerowane, ale wręcz oklaskiwane. Nikomu nie przeszkadzało, gdy porównywał posłanki PiS do prostytutek, bo przecież uderzał we właściwe miejsce. Na suchu uchodziły mu także bluźnierstwa, bo w ten sposób walczył z „kołtunem”. Zresztą trudno tu mówić o „uchodzeniu na sucho”. On się stał, dzięki swojemu chamstwu, bohaterem narodowym. „Newsweek” (jeszcze za Maziarskiego) przedstawiał go jako „mesjasza lewicy”, a lewicowi dziennikarze spoglądali na niego niemal jak na Mojżesza. I dopiero, gdy Palikot – we właściwym sobie stylu – powiedział słów kilka o aborcyjnej Wandzie, to sytuacja się zmieniła. Okazało się, że jest chamem i burakiem, i że wykształcenie przed tym nie broni.