Rząd Donalda Tuska chwali się, że wynegocjował dla Polski rekordową sumę 106 mld euro, to jest o cztery miliardy więcej niż otrzymaliśmy poprzednim razem. To prawda, ale prawdą też jest, że wzrosła nasza składka do unijnego budżetu a co za tym idzie realnie będziemy mogli rozdysponować tylko 66 mld euro. Siedem lat temu było to 78 mld, czyli – o ile w moim mózgu została jeszcze jakaś szczątkowa, matematyczna wiedza wyniesiona ze szkoły – o 12 mld więcej. Gdzie ten sukces zatem? Realnie rzecz biorąc rząd Jarosława Kaczyńskiego wytargował więcej, ale tego w mediach nie usłyszymy bo jeszcze – nie daj Panie Boże! - w umysłach lemingów zapaliłaby się alarmowa lampka z napisem: „to ten zły PiS był lepszy od Platformy?” i słupki zamiast w górę poleciałyby na łeb w dół.

 

Przyznam szczerze, że wcale mnie to nie martwi, im mniej unijnych pieniędzy tym lepiej. Wyobraźmy sobie gminę, która ubiega się o dotację by sfinansować budowę drogi. By w ogóle móc złożyć wniosek musi zapewnić wkład własny. W swoim budżecie wolnych środków nie ma, korzysta zatem z usług komercyjnego banku zaciągając kredyt. Jeżeli to jest tylko jedna droga to sprawy właściwie nie ma, problem pojawia się tam, gdzie inwestycji markowanych dwunastoma gwiazdami jest więcej. Paradoksalnie najładniejsze, najbardziej doinwestowane gminy są często gminami najbardziej zadłużonymi, będącymi na skraju bankructwa. Dzieje się tak dlatego, że obsługa kredytów zaciągniętych pod inwestycje dotowane przez UE przekracza możliwości finansowe samorządów a parcie na wykorzystanie przyznanych pieniędzy jest tak wielkie, że nikt nie martwi się tym co będzie potem. Ważne, żeby przy drodze można było postawić tablicę z informacją o współfinansowaniu z Funduszu Spójności czy Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego – bo to działa propagandowo a ludziska widząc piękny asfalt nie pomyślą nawet, że największym beneficjentem unijnej kasy jest bank, który sfinansował część inwestycji. Gminy bez dotacji rozwijają się wolniej, ale bezpieczniej. Gminy dotowane są co prawda ładniejsze, ale grozi im finansowy krach.

 

Dotacje dla gmin to jest, oczywiście, tylko wycinek wszystkich unijnych funduszy „zasilających” nasz kraj, ale mechanizm wszędzie (z wyjątkiem dopłat do rolnictwa, to jednak zupełnie inny temat) jest podobny. Szkoły, firmy czy osoby fizyczne chcące skorzystać z „dobrodziejstwa” dofinansowania jakiejkolwiek inwestycji w większości przypadków swoją część pokrywają z bankowych kredytów zakładając sobie często pętlę na szyję. Ale jak może być inaczej, skoro Unia Europejska jest rządzona przez banksterskie lobby, którego celem jest założenie społeczeństwom kredytowego łańcucha. Cel ten jest zbieżny z dążeniami władców tego świata, którym marzy się bezwolny tłum karnie wykonujący polecenia. Szkoda, że nikt nie zauważa tego kija mamiony dotacyjną marchewką z Brukseli.

 

Alexander Degrejt