To, że Palikot jest zwyczajnym chamem, który nie ma poglądów, wiadomo było od dawna. Jednak jego ataki na Lecha Kaczyńskiego (przynajmniej równie chamskie) były przez salon, także dziennikarski, nie tylko tolerowane, ale wręcz oklaskiwane. Nikomu nie przeszkadzało, gdy porównywał posłanki PiS do prostytutek, bo przecież uderzał we właściwe miejsce. Na suchu uchodziły mu także bluźnierstwa, bo w ten sposób walczył z „kołtunem”. Zresztą trudno tu mówić o „uchodzeniu na sucho”. On się stał, dzięki swojemu chamstwu, bohaterem narodowym. „Newsweek” (jeszcze za Maziarskiego) przedstawiał go jako „mesjasza lewicy”, a lewicowi dziennikarze spoglądali na niego niemal jak na Mojżesza. I dopiero, gdy Palikot – we właściwym sobie stylu – powiedział słów kilka o aborcyjnej Wandzie, to sytuacja się zmieniła. Okazało się, że jest chamem i burakiem, i że wykształcenie przed tym nie broni.
I oczywiście trudno jest bronić wypowiedzi Palikota. Niezależnie od tego, co myśli się o działalności Nowickiej, nie można się zgodzić na sugestie, że kobieta chce być zgwałcona. Co do tego nie ma wątpliwości. Ale trudno nie zadać pytania, czy nasze lewicowe elity, naprawdę dopiero teraz zobaczyły kim jest Palikot? Czy nie wiedziały wcześniej, że ten pan nie ma poglądów, a jedyne, co potrafi to obrażanie innych? A może zwyczajnie lewica uważa, że obrażac wolno, a oburza się dopiero, gdy ostrze ataku skierowane jest przeciwko ich ikonom? Mam nieodparte wrażenie, że ta ostatnia odpowiedź jest najbliższa prawdy!
Oburzenie, jakie wybuchło po wypowiedzi Palikota o Nowickiej jest zrozumiałe. Ale trzeba też powiedzieć zupelnie otwarcie, że Palikot i Nowicka są siebie warci. On opowiada o gwałcie, ona od lat działa na rzecz najgłębszego gwałtu, jakie dotknąć może kobietę, czyli aborcji.
Tomasz P. Terlikowski
