Wiadomości
Polemika senatora z moimi moralnymi oporami wobec in vitro polega na tym, że przekonuje mnie on, że nie muszę obawiać się medycyny i uciekać przed jej odkryciami jak wiejskie dzieci przed samochodami. „...ingerencja lekarzy w nasze życie rozrodcze może Pana przerażać, ale pocieszy Pana zapewne, iż dzieci na polskiej wsi stosunkowo niedawno – w latach 30-tych XX wieku – czyli jakieś 40 lat po jego wynalezieniu – na widok samochodu zmykały z krzykiem do stodoły albo do chlewiku. Jest więc możliwość, że za parę lat Pan również oswoi się ze zjawiskiem zapładniania in vitro” - oznajmia Pociej. A mnie trudno jest dyskutować z facetem, który nie rozumie, że istotą sporu nie jest lęk przed medycyną, tylko świadomość, że aby powstało jedno dziecko trzeba poświęcić statystycznie dwadzieścia innych. Z chlewikiem i innymi wspomnieniami senatora niewiele ma to wspólnego.