– Nie. Od początku do końca karmiono nas kłamliwą wersją wydarzeń: że kabina pilotów wbiła się głęboko pod ziemię z uwagi na bagnisty teren i że potrzeba specjalistycznego sprzętu i kilku dni na jej wyciągnięcie. Rosjanie zachęcali nas, żebyśmy wrócili do domu i tam czekali na dalsze informacje. Jednak rzekome dalsze poszukiwania ciał załogi nie przeszkadzały prokuratorowi rosyjskiemu w przedłożeniu do podpisu, jak się później okazało, aktu zgonu mojego brata. Oczywiście odmówiłem – opowiada Krzysztof Protasiuk „Naszemu Dziennikowi”. M

Mężczyzna bardzo krytycznie ocenia także stan wiedzy na temat tego, co wydarzyło się w Smoleńsku. - Pomimo informacji z wielu bezpośrednich źródeł, innych niż media, wciąż ciężko – z uwagi na metodyczne działania dezinformacyjne i utrudniające prawdziwe śledztwo – stwierdzić, co się stało. Właściwie ciężko wyobrazić sobie, co jeszcze można było zrobić, żeby zatuszować to, co realnie się wydarzyło. Pluje nam się w twarz, a w głównych mediach słychać, że deszcz pada. Na szczęście Polacy nie są tacy, jak nam się wmawia, i wbrew usilnym działaniom manipulacyjnym będą dążyli do poznania prawdy. Wierzę, że dzięki temu ona prędzej czy później wyjdzie na jaw. Niemniej jednak na bazie dostępnych dowodów i informacji z całą stanowczością można stwierdzić, że raporty MAK i Millera rozmijają się znacznie z prawdą – podkreśla.

Mocno dostało się także polskim władzom i państwu, które zdaniem Protasiuka nie zdały egzaminu. - Do dzisiaj bolą mnie jednak słowa, które powiedziała przy stoliku w hotelu z papierosem w ręku, że jeśli ta tragedia miała się gdzieś wydarzyć, to dobrze, że wydarzyła się u Rosjan, a nie u nas, bo w Polsce – jak dodała – byłby jeszcze większy bałagan i chaos. Postawę towarzyszącego jej pana Tomasza Arabskiego najlepiej zobrazuje spuszczona głowa, wzrok wbity w ziemię i wymowne milczenie po moim zapytaniu, czy kiedykolwiek mamy szansę dowiedzieć się prawdy. Odnośnie zaś do postępowania premiera, to wolę się z grzeczności nie wypowiadać, bo byłyby to wyłącznie słowa niecenzuralne. Do dziś nie mogę uwierzyć, że to premier Polski, a nie minister spraw zagranicznych Rosji. I wreszcie najwyższy urzędnik państwa – prezydent. Cieszy się ponoć – jak dowodzą media – dużym zaufaniem publicznym, więc pewnie moje odczucie, że mamy bierną głowę państwa nie tylko w kwestii smoleńskiej, ale i w innych sprawach istotnych dla Polski, może być odosobnione. Szkoda, że nie mamy już silnych i mocnych liderów, jak np. Józef Piłsudski. Puentując, obecny aparat państwa polskiego kompletnie nie zdał egzaminu – podkreśla.

TPT/NaszDziennik.pl