Polemika senatora z moimi moralnymi oporami wobec in vitro polega na tym, że przekonuje mnie on, że nie muszę obawiać się medycyny i uciekać przed jej odkryciami jak wiejskie dzieci przed samochodami. „...ingerencja lekarzy w nasze życie rozrodcze może Pana przerażać, ale pocieszy Pana zapewne, iż dzieci na polskiej wsi stosunkowo niedawno – w latach 30-tych XX wieku – czyli jakieś 40 lat po jego wynalezieniu – na widok samochodu zmykały z krzykiem do stodoły albo do chlewiku. Jest więc możliwość, że za parę lat Pan również oswoi się ze zjawiskiem zapładniania in vitro” - oznajmia Pociej. A mnie trudno jest dyskutować z facetem, który nie rozumie, że istotą sporu nie jest lęk przed medycyną, tylko świadomość, że aby powstało jedno dziecko trzeba poświęcić statystycznie dwadzieścia innych. Z chlewikiem i innymi wspomnieniami senatora niewiele ma to wspólnego.

Dalej jest równie „głęboko”. „Porównał Pan morderstwo trójki dzieci do utraty zarodków. Umknął Panu fakt, że o ile matka mroziła dzieci po ich zaduszeniu, o tyle rodzice przy in vitro mrożą zarodki po to by później – jeżeli pierwszy zabieg się nie powiedzie lub będą chcieli mieć kolejne dziecko – przeistoczyć ten zarodek w życie” - napisał Pociej. I znowu nie wiem, jak możliwe najprościej wyjaśnić mu, że „utrata” czyli po prostu śmierć zarodków jest wpisana w procedurę in vitro, jest zakładana i wszyscy się na nią godzą. W tym sensie jest ona intencjonalna, zakładana, a nawet wpisasywana w procedurę in vitro. Metoda ta jest zatem związana z uśmiercaniem zarodków. A jeśli chodzi o mrożenie, to nie jest prawdą, że większość rodziców zamraża, by potem odmrozić. Większość zadowala się jednym czy dwójką dzieci i resztą zostawia w lodówkach. To dlatego mamy w nich 60 do 70 tysięcy malutkich osób. Samo rozmrażania zaś też wiąże się ze śmiercią. Umiera w jego trakcie nawet 40 procent osób na zarodkowym etapie rozwoju. I jeszcze jedno> Zarodek nie musi być przekształcany w życie. On jest żywy. I tylko brakom elementarnej wiedzy biologicznej pana senatora mogę przypisać tezę, że zarodek trzeba w życie przeszktałcić...

Reszty komentować nie będę, bo i nie ma po co odnosić się do złośliwości na temat prof. Pawłowicz. Te dwa fragmenty doskonale pokazują istotę „polemiki” zwolenników in vitro. Gdy braknie im argumentów próbują z nas zrobić ciemnotę, a przy okazji sami pokazują, że nie mają choćby fundamentów niezbędnych do rozmowy na ten temat.

Tomasz P. Terlikowski