Ks. Kowalczyk: Mój Kościół potrzebuje mnie bardziej
Niektórzy się dziwią, że wzrosła w tym roku liczba powołań do seminariów diecezjalnych. Pierwszy rok rozpocznie ponad setka kleryków więcej niż w ubiegłym roku i dwa lata temu. Nie dziwi owo zdziwienie, skoro mamy potężny kryzys demograficzny, a ponadto nie wydaje się, aby w Polsce panowała atmosfera sprzyjająca rodzeniu się kapłańskich powołań. Różnie próbuje się wytłumaczyć ten wzrost: „efekt Franciszka”, skuteczna ewangelizacja, wysiłek tzw. duszpasterstwa powołaniowego. Z drugiej strony sugeruje się, że bycie księdzem zapewnia stabilizację materialną i pewną pozycję społeczną, co może przyciągać w dzisiejszych kryzysowych czasach. Nie należy lekceważyć tego rodzaju socjologiczno-psychologicznych rozważań, wszak Boża łaska powołania kapłańskiego buduje na naturze, tj. działa przez różne widzialne przyczyny. Z mojego własnego doświadczenia wynika jednak, że poznane z bliska historie powołań kapłańskich wymykają się statystykom i ogólnym mechanizmom. Przez 6 lat – jako prowincjał jezu