Wiadomości
Porażki Angeli Merkel cieszą z dwóch powodów. Po pierwsze są sygnałem dla wszystkich rządzących (i nie tylko rządzących) polityków w Europie, iż liberalno-szaleńcza polityka imigracyjna nie może być bezkarna i musi skończyć się klęską. I dobrze, bo taka przestroga wszystkim dobrze zrobi. Niech panie i panowie zejdą z obłoków „politycznej poprawności” na twardy grunt rzeczywistości, w której ludzie w uzasadniony sposób boją się islamskiej inwazji. Po drugie, słabnie kanclerz Republiki Federalnej, o czym świadczą spektakularne porażki CDU w Meklemburgii ‒ Przednim Pomorzu, a ostatnio w Berlinie, co powoduje wyraźną jej skłonność do rozmów z Polską i krajami naszego regionu już nie z pozycji arogancji i siły, jak dawniej. No, właśnie. Porażki Frau Kanzlerin cieszą, ale jej ostateczna klęska, jakby nie zabrzmiało to paradoksalnie w kontekście ostatnich wywodów, będzie złą wiadomością dla Polski. Lepszy bowiem rydz z CDU niż „nic” reszty klasy politycznej RFN.