Kościół
Gdy dotarła do mnie książka z wydawnictwa „Znak” z książką „Dowód”, reklamowaną jako „prawdziwa historia neurochirurga, który przekroczył granicę śmierci i odkrył Niebo”, miałem nadzieję na lekturę porywającą. Nie, żeby wcześniej był przekonany do takich podróży. Mnie bliższe od zawsze było przekonanie, że granic śmierci nie da się przekroczyć i powrócić zza nich (pomijam cud, jakim było wskrzeszenie Łazarza) i uznanie, że jak ktoś umarł, to nie żyje i nie jest w stanie nam o tamtym stanie wiele opowiedzieć. Jednak sam fakt, że neurochirurg zdecydował się o tej historii opowiedzieć, a zasłużone w popularyzacji głębokiej teologii wydawnictwo to wydać, budził nadzieję, że książka ta będzie czymś więcej, niż powtórzeniem „odkryć” Raymonda Moody'ego z „Życia po życiu”. Ale niestety nadzieje te nie spełniły się. Książka jest newage'owym bełkotem, który nic nie wnosi do dyskusji nad życiem po życiu, a do tego zaciemnia jego obraz, jaki czerpać możemy z Objawienia.