Wiadomości
Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że PiS przez wiele lat miał poważne problemy z pozyskiwaniem grup społecznych, a stosunkowo łatwo zrażał do siebie sporą część elektoratu. Działo się to w warunkach medialnej histerii, bo ani słynne „oni stoją tam gdzie ZOMO”, ani „piwo i porno”, czy nawet „zakamuflowana opcja niemiecka” nie przetrwałyby tygodnia, gdyby nie rezonans medialny. Niektórzy twierdzą, że cokolwiek Kaczyński nie powie i tak usłyszymy o podziale Polaków albo zawłaszczaniu czegoś tam. W zasadzie przyłączam się do tej opinii zwłaszcza, że przykładami można sypać bez końca. Przewołam jeden, który oddaje w pełni mechanizm wciskania dziecka w brzuch. Podczas pamiętnego „Marszu Niepodległości”, kiedy spłonęła ruska budka, Kaczyński i PiS świętowali w Krakowie. Nikt wtedy nie udawał, że chodzi o jakąś nową świecką tradycję, było jasne, że PiS chciał uciec od prowokacji Sienkiewicza. Sytuacja zrobiła się tak kuriozalna, że ówczesny minister od bezpieczeństwa wewnętrznego zarzucał Kacz