Mariusz Paszko, Fronda.pl: Gdzie zaczyna się zniewolenie?
Dr Gudula Walterskirchen: Współczesnego „zniewolenia” nie należy utożsamiać z historycznymi formami niewolnictwa. Dzisiejszy niewolnik często nie zdaje sobie sprawy z własnego położenia. Jest przekonany, że posiada wolną wolę, podczas gdy w rzeczywistości została ona ograniczona lub w znacznym stopniu odebrana.
Narzędziami, za pomocą których ludzie dobrowolnie rezygnują z części swojej wolności, są propaganda totalitarna i nadzór. George Orwell opisał ten mechanizm niezwykle sugestywnie. Ludzie podporządkowują się i postępują zgodnie z tym, co przedstawia się im jako rzekomo dobre. Dopóki pozostają posłuszni, niemal nie dostrzegają braku wolności. Ujawnia się on dopiero wtedy, gdy zaczynają wątpić, zadawać pytania i schodzić z narzuconej im drogi.
Taki stan uwłacza ludzkiej godności. Jako chrześcijanie wierzymy w osobową godność człowieka, która jest niepodzielna, oraz w wolną wolę – zarówno do czynienia dobra, jak i zła. Nawet przymuszanie człowieka do dobra jest formą zniewolenia. Nie można nikogo zmusić do solidarności. Podobnie jest z miłością - musi być dobrowolna.
W swojej książce opisuje Pani strach, samotność, osłabienie rodziny, moralny zamęt i mentalność masową jako czynniki ułatwiające kontrolowanie społeczeństw. Który z nich jest pierwszym sygnałem ostrzegawczym, a który najtrudniej odwrócić?
W dużej mierze odwoływałam się tutaj do przełomowych koncepcji Hannah Arendt, która jako Żydówka doświadczyła prześladowań i musiała wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Uważała ona strach i „atomizację” jednostki za podstawowe narzędzia dominacji. Człowieka odcina się od więzi społecznych, przyjaciół i rodziny. Czyni się go samotnym, przestraszonym i odizolowanym, a tym samym łatwiejszym do kontrolowania. Współczesny styl życia sprzyja temu procesowi. Coraz więcej ludzi żyje samotnie i odczuwa głębokie osamotnienie. Towarzyszy temu dezorientacja, w której jedynie władza totalitarna oferuje jasny kierunek i gotowe odpowiedzi. Tradycyjne wartości, religia i normy społeczne zostają zastąpione przez nowe ideologie.
Interesujące jest to, jak sprawy z natury rzeczowe podnosi się dziś do rangi niemal religijnej. Weźmy na przykład problem klimatu. Osoby, które nie podporządkowują się bezwarunkowo tej pseudoreligii, określa się mianem „grzeszników klimatycznych”. Warto podkreślić, że każda ideologia ma podobny, pseudoreligijny charakter. Im mniej religijni stają się ludzie, tym bardziej są podatni na jej imitacje.
Strach może chronić ludzi, ale może ich również paraliżować. Jak rozpoznać moment, w którym rzeczywiste zagrożenie zaczyna być wykorzystywane do uzasadniania nadmiernych ograniczeń? Czy pandemia COVID-19 i wojna na Ukrainie stworzyły na Zachodzie nowe tendencje autorytarne, czy jedynie ujawniły mechanizmy istniejące już wcześniej?
Strach sam w sobie jest ważną emocją, niezbędną do przetrwania. Jeżeli ktoś spotyka w dziczy niedźwiedzia brunatnego albo wyprzedza samochód w miejscu o ograniczonej widoczności, dobrze, że odczuwa lęk. Istnieje wtedy realne niebezpieczeństwo.
Niepokojące staje się natomiast celowe podsycanie lub wręcz wytwarzanie strachu, który nie ma rzeczywistych podstaw albo jest całkowicie nieproporcjonalny do zagrożenia. Dzieje się tak wtedy, gdy ludziom mówi się, że wszyscy umrą z powodu choroby, która w rzeczywistości dotyka jedynie niewielkiej części społeczeństwa albo szerzy się daleko od ich miejsca zamieszkania. Dobrym przykładem jest małpia ospa. To, co się wokół niej działo, było dosłownie groteskowe.
Politycy i inni decydenci powinni w takich sytuacjach uspokajać społeczeństwo, a nie wywoływać masową panikę. Gdy słyszymy katastroficzne scenariusze, według których oceany wkrótce zaleją wszystko albo Rosjanie w tydzień zamierzają podbić całą Europę, powinniśmy zachować daleko idący sceptycyzm. Często za takim przekazem kryje się zupełnie inny cel.
Sceptycyzm jest ważny sam w sobie, ponieważ stanowi podstawę rozumu i poznania. Powinniśmy również ufać własnemu osądowi. Elity natomiast zawsze dążyły do kontrolowania mas, manipulowania nimi i wykorzystywania ich do własnych celów. Nie ma więc w tym nic nowego, niestety.
Współczesna cenzura rzadko przedstawia się otwarcie jako cenzura. Częściej występuje pod nazwą moderacji, ochrony, odpowiedzialności albo walki z dezinformacją. Czy ta łagodniejsza forma kontroli jest bardziej niebezpieczna, ponieważ wielu ludzi jej nie rozpoznaje?
Dla większości mieszkańców Europy Zachodniej cenzura była przez długi czas czymś znanym jedynie z podręczników historii albo z opowieści starszych pokoleń, pamiętających czasy, gdy nie wolno było słuchać „wrogich rozgłośni”.
Ludzie bardzo długo żyli w naiwnym przekonaniu, że coś takiego nie może wydarzyć się ponownie we współczesnej Europie. Tymczasem cenzura ukrywa się dziś pod pozorem dobra. Mówi się, że chodzi o „ochronę” ludzi.
Nie jesteśmy jednak małymi dziećmi. Nie chcę, aby mnie chroniono. Chcę sama o sobie decydować. Należy odróżnić od tego treści podlegające prawu karnemu, takie jak zniesławienie czy zniewaga. W takich sprawach zawsze można było dochodzić swoich praw przed sądem.
Jeżeli jednak państwo, a konkretnie politycy, zaczynają decydować o tym, co wolno publikować, a czego nie, wchodzimy na drogę totalitaryzmu. Nie ma to nic wspólnego ani z demokracją, ani z wolnością słowa, która jest jednym z podstawowych praw człowieka.
Jakie szlachetne hasło jest dziś najczęściej wykorzystywane do ograniczania wolności?
Zdecydowanie są to: „bezpieczeństwo” albo „ochrona” przed czymś. Wolność zawsze wiąże się z ryzykiem, a system wykorzystuje fakt, że współczesny człowiek chce wszystko obliczyć, przewidzieć i przede wszystkim zabezpieczyć samego siebie. To doskonała dźwignia. W ten sposób ludzie zostają ostatecznie „ochronieni” przed wolnością, a równocześnie pozbawieni własnej godności.
W książce poświęca Pani wiele uwagi Chinom jako modelowi łączącemu nadzór, technologię, propagandę i dyscyplinę społeczną. Dlaczego część zachodnich elit wydaje się zafascynowana tym systemem? Czy wynika to z podziwu dla skuteczności, z niecierpliwości wobec demokracji, czy z pokusy odgórnego zarządzania społeczeństwem?
Wielu ludzi w Europie nie postrzega Chin jako państwa totalitarnego, lecz jako gospodarczy cud. Wynika to również z faktu, że nadzór i cenzura zostały tam doprowadzone do takiego poziomu doskonałości, iż na zewnątrz wydostaje się bardzo niewiele informacji.
Nie wolno jednak zapominać, że rządzenie odgórne, bez konieczności liczenia się z uciążliwymi obywatelami, jest pokusą dla każdego władcy. Często słyszy się, że w Chinach wielkie projekty, takie jak budowa zapory, mogą być realizowane bardzo szybko, ponieważ nie trzeba brać pod uwagę opinii mieszkańców i mówi się o tym jak o zalecie.
Świadczy to jednak o bezgranicznej naiwności. Ludzie po prostu uwierzyli chińskiej propagandzie państwowej.
Co jest bardziej niebezpieczne: to, że maszyny stają się coraz bardziej ludzkie, czy to, że ludzie są coraz częściej traktowani jak programowalne maszyny? W książce porusza Pani również problem sztucznej inteligencji, biotechnologii i transhumanizmu. Czy w Pani opinii zagrażają one wolności ze względu na samą technologię, czy dlatego, że rządy i korporacje mogą wykorzystywać je bez rzeczywistej demokratycznej kontroli?
Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy granice zaczynają się zacierać. Szczególnie groźni są transhumaniści, którzy chcą „ulepszać” człowieka za pomocą technologii.
Weźmy to tak zwane ulepszanie człowieka. Istnieje już nawet coś w rodzaju „olimpiady”, podczas której wszystko jest dozwolone – wszelkie formy dopingu i wszystkie możliwe środki. Ostatecznie jest to podejście nieludzkie i przypominające faszyzm. Ludzie niedoskonali, niepełnosprawni, chorzy i słabi są w takim sposobie myślenia uznawani za bezwartościowych.
Obserwujemy dziś walkę o dominację pomiędzy gigantami technologicznymi a światem polityki. W szale związanym z cyfryzacją i sztuczną inteligencją wydaje się, że politycy dobrowolnie oddają inicjatywę globalnym koncernom technologicznym. Można jedynie spekulować, jakie są rzeczywiste powody takiej postawy.
Wielu ludzi czuje, że dzieje się coś złego, ale uważa się za zbyt słabych, by stawić opór. Co może zrobić zwykły człowiek? Czy rodzina nadal jest najważniejszą linią obrony przed miękkim totalitaryzmem?
Zalecam każdemu, aby pozostawał dobrze poinformowany, kwestionował to, co mu się mówi, i ufał zdrowemu rozsądkowi. To jeden z powodów, dla których dwa lata temu założyłam magazyn „Libratus”.
Należy również pielęgnować dobre relacje społeczne – z rodziną i przyjaciółmi. Ludzie posiadający silną sieć więzi są pod każdym względem bardziej odporni.
A jak zachować wolność, nie żyjąc jednocześnie w permanentnym strachu?
Jako chrześcijanka nie uważam tego za szczególnie trudne. „Nie lękajcie się” jest jednym z najważniejszych przesłań biblijnych.
Wiemy, że istnieją zło, cierpienie i śmierć, ale istnieją również dobro oraz uzasadniona nadzieja, że ostatecznie wszystko zakończy się dobrze. Nie wiemy dokładnie, w jakiej formie się to dokona, ale możemy ufać i możemy mieć nadzieję.
Uprzejmie dziękuję Pani za rozmowę.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.