Skandal

Braniewo. Lekarz rozliczał 72 godziny na dobę, a na pacjentów lała się woda z przeciekającego dachu

Niemal 1,8 mln zł rocznego wynagrodzenia jednego lekarza, nakładające się dyżury, rodzinne powiązania w kierownictwie oraz przeciekający dach – takie ustalenia dotyczą Powiatowego Centrum Medycznego w Braniewie.

2 min czytania
Szpital, Zdj. ilustracyjne
Szpital, Zdj. ilustracyjne · fot. via Pixabay.com

Obecne władze powiatu mówią o systemie przypominającym „rodzinę na swoim”, a Prokuratura Rejonowa w Elblągu prowadzi śledztwo dotyczące możliwego działania na szkodę placówki.

Tysiąc godzin pracy w miesiącu

Według dokumentów przeanalizowanych przez Interię lekarz zatrudniony w szpitalu wykazywał jednoczesną pracę w karetce, na oddziale chirurgicznym oraz w nocnej i świątecznej opiece zdrowotnej. W niektórych miesiącach rozliczał ponad tysiąc godzin, a pojedyncza doba miała w grafikach nawet 72 godziny.

Prokuratura potwierdziła, że bada nieprawidłowości z lat 2018–2024. Postępowanie dotyczy między innymi bezpodstawnego podwyższania wynagrodzenia lekarza, wypłacania specjalnych dodatków oraz tolerowania czasu pracy przekraczającego fizyczne możliwości jednego człowieka. Wstępnie wskazana szkoda majątkowa wynosi 300 tys. zł.

– Nie można sprowadzać tej sprawy wyłącznie do osoby lekarza – podkreślił w rozmowie z Interią starosta braniewski Leszek Dziąg. Jak zaznaczył, konieczne jest również ustalenie, kto zatwierdzał umowy, przyjmował faktury i zezwalał na wypłatę tak wysokich kwot.

Rodzinne powiązania i panele na cieknącym dachu

Starosta twierdzi, że w szpitalu działał system, który można określić jako „rodzinę na swoim”. Ówczesna prezes Bożena Duduś była spokrewniona z Krzysztofem Kowalskim, członkiem Zarządu Powiatu odpowiedzialnym za sprawy placówki. Syn Kowalskiego świadczył usługi informatyczne dla szpitala, a partner córki prezesa był dyrektorem techniczno-administracyjnym i prokurentem spółki. Kowalski potwierdził wspólnego przodka z byłą prezes, ale powołał się na orzeczenie sądu, według którego formalnie nie byli rodziną.

W tym samym czasie w budynku pękały rury, woda przeciekała do sal, gdzie przebywali pacjenci, a dokumentacja medyczna leżała w kartonach i na podłodze. Na wymagającym naprawy dachu zamontowano w 2021 roku panele fotowoltaiczne, mimo że wykonawca miał wcześniej ostrzegać przed jego złym stanem.

– Pacjent leżał pod cieknącym sufitem – stwierdził Dziąg, wskazując na kontrast między stanem placówki a pieniędzmi przeznaczanymi na niezwykłe rozliczenia lekarza.

Szpital prowadzi również postępowanie cywilne przeciwko byłej prezes. Domaga się zwrotu części wypłaconego wynagrodzenia, które – zdaniem obecnego kierownictwa – zwiększano bez właściwej podstawy. Ostateczna ocena odpowiedzialności poszczególnych osób będzie należała do prokuratury i sądów.

Jak to było za Piłsudskiego

Sprawa szpitala w Braniewie rodzi również pytanie o pazerność osób korzystających z publicznych pieniędzy oraz ich przeświadczenie, że za skrajnie niegospodarne decyzje nikt nie poniesie realnej odpowiedzialności. Gdy jedni wystawiają astronomiczne faktury, inni je zatwierdzają, a pacjenci leżą pod przeciekającym sufitem, nie wystarczą kolejne kontrole i wieloletnie postępowania. 

Czas przywrócić zasadę osobistej odpowiedzialności urzędników i osób zarządzających majątkiem publicznym, znaną z rozwiązań obowiązujących w II Rzeczypospolitej. Za decyzje powodujące rażące straty dla państwa, samorządu lub publicznej placówki powinno grozić nie tylko odwołanie ze stanowiska, ale także odpowiedzialność finansowa i karna. Bez takiej zmiany kolejne skandale będą traktowane przez uczestników jak ryzyko zawodowe opłacane z kieszeni podatników i nadal będą znajdywali się chętni, którzy na tym sowicie zarobią.

Zenon Witkowski

Źródło: mp/Interia, Polsat News, Prokuratura Okręgowa w Elblągu, Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej