Wiadomości
Dwadzieścia dwa lata temu Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała po raz pierwszy. Było to wydarzenie wyjątkowe – inspirujące, szlachetne, ważne... po prostu potrzebne. Wielu z nas – zajętych światem ludzi zdrowych i sprawnych, światem zawodowych obowiązków, większych i mniejszych zmartwień – po raz pierwszy dostrzegło potrzebujących poza horyzontem codzienności. Jurek Owsiak w spektakularny sposób przywrócił potocznemu językowi słowo „dobroczynność”. Dzisiaj – te dwadzieścia dwa lata później – mam spore obawy, że odzyskana wówczas dobroczynność staje się kolejnym synonimem „rozrywki”. To, co kiedyś inspirowało wielu z nas, utraciło siłę i świeżość. „Dobroczynność” zamykamy w fajerwerkach miejskich festynów i poczuciu delikatnej wyższości wobec tych, którzy „nie mają naklejki”. Za drobną złotówkę wrzuconą raz w roku do grzechoczących wkoło puszek, niczym na odpuście kupujemy rozgrzeszenie własnej obojętności. Czy nie uczyniliśmy z WOŚP karykatury dobroczynności?