Maciej Berek został wybrany przez Sejm na sędziego Trybunału Konstytucyjnego głosami parlamentarnej większości. Do niedawna był ministrem w rządzie Donalda Tuska i jednym z jego najbliższych współpracowników. Teraz do objęcia urzędu potrzebuje jeszcze złożenia ślubowania przed prezydentem Karolem Nawrockim. Pałac Prezydencki zwrócił się jednak do Sejmu o wyjaśnienie wątpliwości dotyczących tego, czy Berek wykazał wymagany prawem dziesięcioletni okres wykonywania zawodu radcy prawnego. Sam Berek przekonuje, że wykonywał ten zawód przez 17 lat.
Dla Adriana Zandberga zasadniczy problem jest jednak również polityczny. Lider Razem wskazuje na rozdźwięk pomiędzy tym, co obecna większość mówiła o standardach państwa prawa w czasach rządów PiS, a tym, co robi obecnie.
– „Mam poczucie, że coś bardzo mocno zmieniło się w podejściu części polskich polityków do praworządności i państwa prawa. To smutna obserwacja” – powiedział Zandberg w TOK FM.
Polityk przypomniał, że przez lata jednym z podstawowych zarzutów wobec poprzedniej władzy było przenoszenie ludzi bezpośrednio związanych z polityką do instytucji, które powinny zachowywać szczególną niezależność.
– „Przez lata mówiliśmy, że politycy nie powinni przechodzić z ław rządowych czy parlamentarnych do Trybunału Konstytucyjnego. Że są zasady, których nie wolno łamać. Bo jeśli zaczynamy je łamać, to zasad po prostu nie ma” – podkreślił.
I właśnie w tym kontekście padły najmocniejsze słowa pod adresem premiera.
– „Dziś premier wskazuje do TK człowieka, którego sam nazywa swoją prawą ręką. I wszyscy mamy udawać, że nie widzimy problemu?” – pytał Zandberg.
Trudno nie dostrzec niewygodnej dla koalicji rządzącej sprzeczności. Przez lata Donald Tusk i jego polityczne zaplecze budowali znaczną część swojej narracji wokół obrony praworządności i konieczności „odpolitycznienia” Trybunału Konstytucyjnego. Tymczasem pierwszym kandydatem obecnej większości, który ma odegrać istotną rolę w odbudowywanym według jej własnych deklaracji TK, został polityk jeszcze niedawno zasiadający przy stole Rady Ministrów.
Zandberg zwraca uwagę, że standardy nie mogą obowiązywać wyłącznie wtedy, gdy można dzięki nim atakować przeciwnika politycznego.
– „Widzę tu pewną prawidłowość: dla części polityków te wartości były ważne, kiedy PiS był u władzy. Pewnie znów będą ważne, kiedy PiS i Konfederacja będą chciały do władzy wrócić” – ocenił.
Lider Razem przypomniał przy tym, dlaczego tysiące ludzi protestowały w poprzednich latach w obronie sądów i Trybunału.
– „Ludzie wychodzili wtedy na ulice nie z miłości do tego czy innego polityka. Wychodzili, bo mieli poczucie, że złamano zasady. Warto o tym pamiętać” – powiedział.
To celna uwaga również z perspektywy wiarygodności samego rządu. Jeżeli praworządność ma być rzeczywistą zasadą ustrojową, nie może zmieniać znaczenia w zależności od tego, kto akurat posiada większość w Sejmie. Inaczej przestaje być zasadą i staje się jedynie wygodnym politycznym hasłem.
W przypadku Berka dochodzą do tego nierozstrzygnięte jeszcze pytania formalne dotyczące jego stażu zawodowego. Kancelaria Prezydenta zażądała od Kancelarii Sejmu wyjaśnień, wskazując na „gigantyczne wątpliwości” w tej sprawie. Nie przesądza to, że Berek wymogów nie spełnia, ale tym bardziej uzasadnia dokładne sprawdzenie dokumentów przed odebraniem od niego ślubowania.
Krytyka Zandberga jest dla obozu Tuska szczególnie niewygodna, ponieważ nie pochodzi z PiS ani Konfederacji. Pada ze strony polityka lewicy, który sam wielokrotnie krytykował działania poprzedniej władzy wobec sądownictwa. Tym trudniej sprowadzić jego słowa do zwykłego partyjnego sporu.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.