Wiadomości

Jak nie Wołyń, to okupacja. Kremlowska propaganda nie śpi

Rosyjskie media ponownie próbują przedstawić Polskę jako państwo przygotowujące rozbiór Ukrainy. Tym razem propagandyści Kremla połączyli prawdziwy spór o gloryfikowanie UPA z fałszywymi cytatami, teoriami o „Polsce od morza do morza” i oskarżeniami Warszawy o planowanie nieformalnej okupacji zachodnich obwodów Ukrainy.

4 min czytania
Władiir Putin
Władiir Putin · fot. via kremlin.ru

Punktem wyjścia stała się polska krytyka decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia „Bohaterów UPA”. To rzeczywisty i poważny konflikt historyczny. UPA odpowiadała za masowe mordy polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, a sprzeciw wobec jej honorowania nie jest rosyjską narracją, lecz elementem polskiej polityki pamięci.

Kremlowska propaganda próbuje jednak przejąć ten spór i nadać mu zupełnie inne znaczenie. Rosyjskie media przekonują, że Warszawa nie domaga się prawdy o zbrodni wołyńskiej, lecz przygotowuje społeczne uzasadnienie dla zajęcia Lwowa i innych dawnych ziem II Rzeczypospolitej. EUvsDisinfo od lat klasyfikuje opowieści o planowanym polskim rozbiorze Ukrainy jako powtarzalną narrację Kremla, której celem jest podważanie ukraińskiej państwowości i niszczenie współpracy Warszawy z Kijowem.

Fałszywy cytat, „Polska od morza do morza” i widmo okupacji

Rosyjski tabloid „Argumienty i Fakty” wykorzystał wypowiedzi polskich polityków oraz fałszywy cytat przypisany Donaldowi Tuskowi, według którego Warszawa miała zakończyć „życzliwe nastawienie” wobec Kijowa. Słowa pochodziły z prorosyjskiej sieci stron podszywających się pod serwisy informacyjne, a nie z autentycznej wypowiedzi premiera.

Na tej podstawie rosyjski politolog (co w wydaniu kremlowskim lepiej się tłumaczy jako „propagandysta”) Bogdan Biezpałko zaczął kreślić scenariusz przejmowania zachodniej Ukrainy. „Bardziej prawdopodobny, choć wciąż daleki od dzisiejszych realiów, wygląda inny wariant – nieformalna okupacja” – stwierdził, cytowany w analizie Jakuba Biernata opublikowanej przez Centrum Europy.

W rosyjskiej wizji zachodnia część Ukrainy miałaby formalnie stać się bliżej nieokreśloną „republiką ludową”, a faktycznie znaleźć się pod pełną kontrolą Polski. To konstrukcja charakterystyczna dla propagandy projekcyjnej: Kreml przypisuje innym państwom metody, które sam stosował wobec ukraińskiego Krymu i okupowanego Donbasu.

Diana Panczenko, ukraińska dziennikarka pracująca obecnie na rzecz rosyjskiego przekazu, posunęła się jeszcze dalej. „Polska nigdy nie zrezygnuje z terytoriów utraconych w 1939 roku” – napisała, sugerując również, że polska prawica może po wyborach porozumiewać się bezpośrednio z Rosją kosztem Ukrainy (tu uśmiecha się zapewne w kierunku Tuska i jego ludzi, którzy bardzo chętnie takie brednie powielają).

Oficjalne stanowisko Warszawy jest dokładnie odwrotne. Polski resort spraw zagranicznych jednoznacznie odrzuca rosyjskie oskarżenia dotyczące planów aneksji ukraińskich ziem. W informacji przedstawionej w Sejmie MSZ podkreśliło: „Lwów, Wołyń, dawna Galicja Wschodnia to również Ukraina”, zaznaczając, że rosyjska propaganda chce skłócić oba narody.

Kreml wykorzystuje przy tym istniejące błędy ukraińskiej polityki historycznej. Gloryfikowanie UPA, przeciąganie ekshumacji oraz brak jednoznacznego potępienia sprawców ludobójstwa wywołują w Polsce uzasadniony sprzeciw. Rosja nie tworzy tej rany, ale konsekwentnie ją rozdrapuje, dodając fałszywe cytaty, teorie o rozbiorze i sugestie o nadchodzącej wojnie polsko-ukraińskiej. EUvsDisinfo wskazuje, że narracje dotyczące Wołynia są celowo wykorzystywane do przedstawiania Ukraińców jako narodu wrogiego Polakom oraz osłabiania społecznego poparcia dla uchodźców i pomocy wojskowej.

Kreml potrzebuje polskich twarzy

Drugim mechanizmem rosyjskiej propagandy jest wyszukiwanie pojedynczych Polaków gotowych publicznie wspierać Moskwę, a następnie przedstawianie ich jako reprezentantów szerokich nastrojów społecznych. Tak wykorzystano Krzysztofa Tołwińskiego, byłego posła i wiceministra, a obecnie lidera prorosyjskiej partii Front.

Podczas wizyty na Białorusi Tołwiński przekazał 20 apteczek dla rosyjskich żołnierzy walczących przeciwko Ukrainie. „Zawsze mogą liczyć na naszą pomoc” – mówił na opublikowanym nagraniu. O sprawę została zapytana Prokuratura Krajowa.

Rosyjska „Komsomolskaja Prawda” natychmiast ogłosiła, że Polska rzekomo otworzyła „drugi front przeciwko Ukrainie”. Gest marginalnego polityka przedstawiono jako dowód, że Polacy „przeglądają na oczy” i chcą wycofać poparcie dla Kijowa.

Jednocześnie mniej entuzjastyczna „Prawda.ru” musiała przyznać, że Front pozostaje organizacją niszową, która nie stanowi zagrożenia dla polskiego systemu politycznego. Nie przeszkadza to rosyjskim mediom powielać jego przekazu, ponieważ celem nie jest rzetelne opisanie poparcia społecznego, lecz stworzenie wrażenia, że w Polsce narasta masowy ruch popierający zwycięstwo Rosji.

Główne obszary rosyjskich działań są od lat podobne: wykorzystywanie Wołynia i sporów historycznych, szerzenie opowieści o polskich planach aneksji Ukrainy, podsycanie niechęci do uchodźców, przedstawianie pomocy wojskowej jako okradania Polaków, wzmacnianie konfliktów gospodarczych dotyczących zboża i transportu oraz promowanie marginalnych postaci powtarzających rosyjskie tezy. Kreml próbuje też przekonywać, że NATO wykorzystuje Polskę jako „mięso armatnie”, a Ukraina świadomie wciąga Warszawę do wojny. Monitoring Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych potwierdza, że podważanie relacji polsko-ukraińskich należy do stałych priorytetów rosyjskich operacji informacyjnych.

Szczególnie groźne jest mieszanie faktów z fałszem. Zbrodnia wołyńska jest faktem, a Polska ma pełne prawo domagać się ekshumacji, godnego pochówku ofiar i zaprzestania gloryfikowania ich morderców. Fałszem jest natomiast twierdzenie, że spór historyczny stanowi przygotowanie do polskiej okupacji Ukrainy.

Najnowszym przykładem działań hybrydowych jest sprawa obywatela Ukrainy oskarżonego w Polsce o profanowanie pomników upamiętniających ofiary UPA. Według ABW podejrzany miał wykonywać zadania zlecane przez rosyjskie służby w celu wywoływania konfliktów narodowościowych. Zarzucono mu łącznie 47 przestępstw, a wynagrodzenie miało być przekazywane w kryptowalutach.

Rosyjska propaganda nie potrzebuje pełnego pojednania Polski i Ukrainy, lecz nie potrzebuje również całkowitego zerwania relacji. Najkorzystniejszy dla Kremla jest stan permanentnej podejrzliwości: Polacy mają widzieć w Ukraińcach niewdzięcznych nacjonalistów, a Ukraińcy w Polakach przyszłych okupantów czekających na możliwość odzyskania Lwowa.

Zenon Witkowski

Źródło: mp/Centrum Europy, EUvsDisinfo, ABW, Associated Press, Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej