Od 1 września obowiązuje rozporządzenie ministra zdrowia z 16 lutego 2026 roku. Nakazuje ono m.in. uwzględnienie w szkolnym jadłospisie co najmniej jednego pełnowartościowego obiadu roślinnego tygodniowo, przygotowanego na bazie nasion strączkowych, bez dodatku produktów pochodzenia zwierzęcego. W tygodniowym menu mają się znaleźć również co najmniej dwie porcje świeżego mięsa oraz ryba.
Choć określenia „dieta planetarna” nie ma w samym rozporządzeniu, właśnie tak nowe zasady zaczęły funkcjonować w debacie publicznej.
Dzieciom ograniczenia, urzędnikom pełny wybór
„Fakt” sprawdził menu stołówki w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Na liście dań znalazły się m.in. burger wołowy, wątróbka drobiowa, sznycel, duszona karkówka, kurczak po prowansalsku, schabowy oraz makaron z sosem bolognese.
W Radiu Zet wiceminister Piechna-Więckiewicz została zapytana, dlaczego osoby odpowiedzialne za politykę edukacyjną nie dają przykładu i same nie przechodzą na podobny model żywienia.
– To jest ogólnodostępna stołówka, to jest pierwsza sprawa, żywią się w niej dorośli ludzie, przede wszystkim to jest kolejna sprawa – odpowiedziała.
Dodała, że szkoła ma „wspierać proces wychowawczy” i reagować na problemy współczesności, w tym nadwagę oraz otyłość dzieci.
Ten argument rodzi jednak oczywiste pytanie: skoro nowy sposób odżywiania ma być tak dobry, zdrowy i potrzebny, dlaczego nie jest równie intensywnie promowany w miejscach, w których stołują się przedstawiciele administracji odpowiedzialnej za jego wprowadzanie?
Jeszcze we wrześniu MEN próbował odsyłać pytania „Faktu” do Ministerstwa Zdrowia, argumentując, że to ten resort wydał rozporządzenie. Jednocześnie przedstawiciele edukacji aktywnie bronią nowych zasad. Powstaje więc osobliwa sytuacja: jeden resort układa reguły, drugi je uzasadnia, ale urzędnicze stołówki zachowują pełną swobodę wyboru.
Problem nie kończy się na tym, czy dzieci lubią soczewicę
Najbardziej wymowny sygnał przyszedł z Otwocka. Miasto przeprowadziło ankietę wśród rodziców dzieci z dziewięciu szkół. Wzięło w niej udział 1148 osób. Aż 71 proc. respondentów zadeklarowało, że ich dziecko nie zjadło podanego dania przygotowanego na bazie roślin strączkowych. Tylko 17 proc. rodziców oceniło, że takie posiłki dzieciom smakują.
To lokalne badanie i nie wolno automatycznie przenosić jego wyników na całą Polskę. Pokazuje jednak podstawowy problem odgórnego żywienia: nawet najlepiej rozpisany jadłospis nie spełnia swojej funkcji, jeśli dziecko zostawia go na talerzu.
Istnieje również szersza kwestia żywieniowa. Dieta określana jako Planetary Health Diet została pierwotnie opracowana jako model populacyjny oparty przede wszystkim na żywności roślinnej. Przeglądy naukowe zwracają uwagę, że w przypadku dzieci i młodzieży wymaga ona odpowiedniego dostosowania do wieku i zapotrzebowania rozwijającego się organizmu.
W pracy opublikowanej w „Nutrients” autorzy wskazują, że model ten bez modyfikacji może nie pokrywać w pełni potrzeb dzieci w zakresie energii i części składników odżywczych. Szczególną uwagę zwracają na dobrze przyswajalne białko, żelazo, wapń, witaminę B12 i witaminę D. Podkreślają także, że nagłe zwiększenie ilości produktów bogatych w błonnik może powodować u części dzieci wzdęcia i dolegliwości trawienne.
Nie oznacza to, że warzywa, strączki czy ograniczanie nadmiaru cukru są szkodliwe. Przeciwnie – są elementem racjonalnego żywienia. Problem zaczyna się wtedy, gdy administracyjne rozporządzenie zastępuje elastyczność, indywidualne potrzeby dziecka, jego tolerancję pokarmową i realną akceptację posiłków.
Jeszcze szersza metaanaliza opublikowana w 2026 roku w „Advances in Nutrition” wskazała, że silne przejście w kierunku modelu EAT-Lancet może w niektórych populacjach zwiększać ryzyko niedostatecznej podaży części mikroelementów, m.in. witaminy B12, wapnia, żelaza i cynku.
Rząd przedstawia więc zmiany przede wszystkim jako walkę z otyłością i próbę budowania zdrowych nawyków. Tyle że zdrowy posiłek musi być nie tylko teoretycznie prawidłowo skomponowany. Musi zostać zjedzony, odpowiadać potrzebom rozwijającego się organizmu i uwzględniać różnice między dziećmi.
Na razie najbardziej widoczny obraz tej reformy jest wyjątkowo niefortunny: dzieci mają uczyć się nowego modelu żywienia pod przymusem rozporządzenia, podczas gdy urzędnikom pozostawia się wybór między schabowym, karkówką a burgerem. To dorośli zatem potrzebują więcej substancji odżywczych czy dzieci? Absurdy tego rządu sięgają już granic kosmosu!
Jerzy Mróz
___________
Źródła: Radio Zet, Fakt, GIS, Urząd Miasta Otwocka, Portal Otwocki, „Nutrients”, „Advances in Nutrition”
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.