„Górny limit wynagrodzenia to będzie szesnastokrotność płacy minimalnej. Biedy nie ma” – powiedział premier przed posiedzeniem rządu. Dodał, że proponowany pułap „wydaje się przyzwoity” i „na pewno nie skazuje nikogo na niskie zarobki”.
Słowa „biedy nie ma” brzmią jednak skandalicznie i wyjątkowo arogancko w kraju, w którym ogromna część społeczeństwa otrzymuje pensje wielokrotnie niższe. Problemem nie jest przekonanie, że lekarze powinni dobrze zarabiać, lecz protekcjonalny ton premiera wobec ludzi, dla których nawet kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie pozostaje nieosiągalne, a koszty utrzymania ciągle rosną.
Ponad dziesięć razy więcej niż mediana wynagrodzeń
Według najnowszych danych GUS mediana miesięcznego wynagrodzenia brutto wynosiła w styczniu 2026 roku 7447,16 zł. Oznacza to, że połowa zatrudnionych zarabiała nie więcej niż tę kwotę. Zapowiadane 76,8 tys. zł jest więc ponad dziesięciokrotnie wyższe od mediany płac w Polsce.
W zapowiedzi premiera pojawiła się również nieścisłość. Obowiązująca w 2026 roku płaca minimalna wynosi 4806 zł brutto, dlatego jej szesnastokrotność to dokładnie 76 896 zł. Kwota 76 800 zł odpowiada natomiast 320 godzinom pracy przy stawce 240 zł, czyli pracy w wymiarze dwóch etatów.
Ministerstwo Zdrowia chce również zlikwidować wynagrodzenia ustalane jako procent wartości wykonanej procedury, ujawnić kontrakty zawierane przez publiczne placówki i kontrolować rzeczywisty czas pracy lekarzy.
Kontrola wydawania pieniędzy NFZ i eliminowanie skrajnych kominów płacowych są uzasadnione. Nie usprawiedliwia to jednak drwiącego komentarza premiera wobec obywateli, którzy finansują publiczną ochronę zdrowia ze swoich podatków i składek, choć sami zarabiają nieporównywalnie mniej.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.