Autor wpisu, który obiegł media społecznościowe, zwraca uwagę na sposób, w jaki przedstawiciele gdańskiego ratusza odnoszą się do obywatelskiej inicjatywy. „Zamiast rozmowy z mieszkańcami – opowieść o »jątrzeniu«. Zamiast refleksji nad tym, skąd bierze się niezadowolenie – klasyczne odwracanie kota ogonem” – pisze.

W jego ocenie szczególnie niepokojące jest to, że samo zadawanie pytań o referendum ma być przedstawiane jako działanie szkodliwe. „Bo gdy mieszkańcy pytają o referendum, to najwyraźniej nie jest już obywatelska kontrola władzy. To »jątrzenie«” – stwierdza autor komentarza, odnosząc się do wypowiedzi radnego Piotra Dzika.

Spór ten jest częścią szerszej debaty dotyczącej sytuacji politycznej i społecznej w Gdańsku. Zwolennicy referendum poskreślają, że jest ono jednym z podstawowych narzędzi demokracji bezpośredniej, pozwalającym mieszkańcom wyrazić ocenę działań władz samorządowych. Z kolei przeciwnicy zasłaniają się kosztami jego przeprowadzenia oraz ryzykiem dalszego zaostrzenia politycznego konfliktu.

Należy tu podkreślić, że referendum odwoławcze jest instrumentem przewidzianym przez polskie prawo samorządowe i było już wykorzystywane w wielu miastach oraz gminach. Jego organizacja wymaga jednak zebrania odpowiedniej liczby podpisów mieszkańców, a następnie osiągnięcia wymaganego progu frekwencyjnego.

„Ciekawe podejście do demokracji. Szczególnie wtedy, gdy pytania zaczynają robić się naprawdę niewygodne” – podsumował autor wpisu, wskazując, że reakcje części lokalnych polityków PO mogą świadczyć o rosnącym napięciu wokół inicjatywy referendalnej i możliwością – trzeba to jasno powiedzieć – utraty stołków i ciepłych posadek.