„Niestety, prezydent Zełenski udowodnił, że Ukraina, gloryfikując bandytów i morderców z UPA, nie jest gotowa by stać się częścią europejskiej rodziny”.

Panczenko pisze: „Ten krok, który został niezwykle entuzjastycznie przyjęty w Polsce, ma wszelkie szanse stać się jednym z kluczowych czynników wpływających na relacje między Kijowem a Warszawą. Jednocześnie stało się to elementem kampanii wyborczej w Polsce. Tak należy zinterpretować plany Karola Nawrockiego, mające na celu pozbawienie Wołodymyra Zełenskiego Orderu Orła Białego, najwyższego polskiego odznaczenia”.

Warto zwrócić uwagę na kolejność podawanych faktów. Ukraiński dziennikarz wpierw podaje bardzo ostre określenie członków UPA jako bandytów i morderców nie wyjaśniając, że w Polsce UPA kojarzone jest głównie z mordami na Wołyniu 

Tymczasem typowy ukraiński czytelnik, który słyszał o UPA przede wszystkim jako bohaterskiej konspiracji walczącej po wojnie z NKWD żachnie się od razu na stawianie znaku równości przez polskiego prezydenta pomiędzy UPA a „bandytami i mordercami”.

Ale równie ciekawy jest kolejny akapit tekstu, który nosi tytuł: „Porozumienie, którego Ukraina nie złamała”.  Publicysta Ukraińskiej Pravdy  przypomina, że nie był to pierwszy raz kiedy siły zbrojne Ukrainy zwróciły się do prezydenta z inicjatywą nadania jednostkom wojskowym nazwy honorowej związanej z UPA lub jej przywódcami. Co ważne, Panczenko przyznaje, że jeszcze do niedawna „naczelne dowództwo (sił zbrojnych) blokowało takie inicjatywy”. Dlaczego nastąpiła zmiana?

Panczenko informuje o nieformalnym porozumieniu osiągniętym przez prezydenta Andrzeja Dudę  z Wołodymyrem Zełenskim w czasie jego wizyty w Polsce 19-21 stycznia 2022 r., w rezydencji w Wiśle. Było to na miesiąc przed pełnoskalową agresją Putina. Panczenko powołuje się na wspomnienia Jakuba Kumocha, wówczas szefa  Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii prezydenta Dudy. Jak twierdzi: „Prezydent (Duda) poinformował stronę ukraińską, że społeczeństwo polskie, jak i on sam, będą bardzo ostro  reagować na przejawy kultu osób odpowiedzialnych za rzeź wołyńską: Romana Szuchewycza, Kłyma Sawura i innych sprawców masowego mordu, które polska uważa za ludobójstwo”. Jak relacjonował Kumoch: „Duda zaproponował całkowite porzucenie tego kultu, w zamian za co Polska powstrzyma się od wysuwania  maksymalistycznych żądań potępienia całego ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego z okresu międzywojennego i II wojny światowej. Jak wspomina Kumoch, cytowany przez Panczenkę: „sam zaproponowałem tymczasowe porozumienie,  na mocy którego sprawcy ludobójstwa na Wołyniu zostaną wykluczeni z ukraińskiego panteonu, a Polska nie będzie wypowiadać się na temat pozostałych działań UPA, choć nie będzie uczestniczyć w żadnych obchodach jej pamięci”.

Panczenko pisze, że pomimo nieoficjalnego charakteru tego porozumienia strony od dawna wolały go nie łamać. Cytuje ponownie Jakuba Kumocha, który przyznaje  że „Kijów zasadniczo przestrzegał tego porozumienia”. I tutaj Panczenko zmienia narrację. Stawia tezę, że wszystko zmieniło się w 2025 roku, kiedy Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie w Polsce. Jak pisze: „W przeciwieństwie do Andrzeja Dudy, który szczerze starał się dojść do porozumienia z Ukrainą (choć na polskich warunkach), Nawrocki aktywnie posługiwał się narracją antyukraińską zarówno w trakcie kampanii wyborczej jak i podczas pełnienia urzędu prezydenta”. Panczenko w tym kontekście przedstawia przyjęcie 4 czerwca 2025  przez Sejm uchwały o ustanowieniu 11 lipca „dniem pamięci Polaków – ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na kresach wschodnich”. Panczenko przyznaje, że odbyło się to tuż po wyborach prezydenckich, ale przed inauguracją nowego prezydenta i aby stworzyć związek przyczynowo-skutkowy zaznacza: „(jego) Nawrockiego zwycięstwo znacząco zmieniło nastrój w Sejmie”. I wtedy czas już na ostateczną puentę Panczenki: „Już wtedy stało się jasne, że porozumienia między Dudą a Zełenskim ostatecznie straciły na mocy. Dlatego w styczniu tego roku 190. Centrum Szkolenia Sił Bezzałogowych Systemów Sił Zbrojnych Ukrainy otrzymało imię naczelnego dowódcy UPA Wasyla Kuka”. Panczenko przyznaje: „Co prawda ten krok pozostał niezauważony przez polską prawicę. Jednak kolejny wywołał prawdziwą eksplozję emocji”. I to jest zasadnicza istota poglądu, który wyraża czołowy publicysta ważnego portalu informacyjnego w Kijowie. W tej optyce to Nawrocki zerwał umowę, więc Polacy mogą mieć pretensję tylko do niego. Co prawda publicysta Ukraińskiej Pravdy przyznaje, że decyzję skrytykował Donald Tusk oraz Radosław Sikorski, ale od razu zaznacza, że „dla polskiej opozycji prawicowej ruch Zełenskiego był doskonałą okazją do zdobycia punktów przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku”. Na koniec Panczenko podsumowuje cały konflikt  i zadaje pytanie: „Czy warto było w tej chwili pogarszać stosunki z Polską, skoro nowy prezydent Polski nie wywiązał się z porozumień swojego poprzednika?” Zauważmy, że to pytanie ma już ukrytą tezę. Że to Nawrocki jest wszystkiemu winien. A przecież poprzednia umowa  była – po pierwsze nieformalna, a po drugie dotyczyła poprzedniego prezydenta, który już w końcu swojej kadencji zderzał się z bardzo nieprzyjaznymi gestami swojego ukraińskiego odpowiednika. Ale to wszystko Panczenko pomija. Za plus aktualnej sytuacji wymienia chwilowe zjednoczenie sił na Ukrainie wokół prezydenta Woodymyra Zełenskiego, ale jednocześnie wskazuje na „bardziej oczywiste ryzyka”. Po pierwsze sygnalizuje, że kwestia ukraińska będzie jednym z kluczowych tematów wyborów w Polsce. Ostrzega, że może to skutkować zwiększoną obecnością w nowym Sejmie partii otwarcie antyukraińskich. Po drugie wskazuje, że spór wzmocni to skrzydło PiS, które krytykuje Kijów, osłabiając jednocześnie tych proukraińskich polityków, którzy wciąż w tej partii pozostają. I wreszcie wyraża obawę, że Karol Nawrocki i PiS spróbują wciągnąć w ten spór państwa trzecie – choćby Izrael lub środowisko Donalda Trumpa, które wciąż szuka argumentów za zakończeniem wsparcia dla Kijowa. Ale jednocześnie publicysta Ukraińskiej Pravdy puentuje: „Wcześniej czy później Kijów będzie musiał wejść w taki konflikt z Warszawą”. I stawia sprawę brutalnie szczerze. „W końcu sytuacja, w której inny kraj przypisuje sobie bezwzględne prawo do decydowania, kogo można uznać za bohatera  dla Ukraińców, a kogo kategorycznie nie, wydaje się wręcz absurdalna. Zwłaszcza w sytuacji, gdy Polska stosuje wobec swoich bohaterów zupełnie inne podejście niż to, którego wymaga od Ukrainy”.

Cały tekst Jurija Panczenki musi brzmieć dla polskiego czytelnika bardzo źle. Pokazuje on, że dogmat, który można streścić słowami – nikt nam z zewnątrz nie będzie dyktować kogo mamy uznawać za swoich bohaterów – wydaje się być dogmatem, który podziela większość ukraińskiej opinii publicznej i politycznej. Oznacza to, że nasi sąsiedzi uznają spór o UPA za kwestię prestiżową i pola na kompromis zbyt wiele nie ma. To, że zatruje to relacje między oboma społeczeństwami, jak wynika z tekstu Panczenki, uznawane jest albo za kwestię drugorzędną, albo za cenę, którą trzeba Ukrainie zapłacić. Lepiej czytać takie teksty i wiedzieć na czym stoimy niż łudzić się, że stanowisko to może być zmienione wskutek jakichś działań dyplomatycznych lub ewentualnej zmiany na szczycie ukraińskiej władzy. Niestety nic na to – póki co – nie wskazuje.