Prezydent Karol Nawrocki zrobił wszystko, co pozostawało w jego gestii, aby stanowczo zaprotestować przeciwko gloryfikacji banderyzmu przez ukraińskie władze. Odebranie Wołodymyrowi Zełenskiemu polskiego odznaczenia było najsilniejszym narzędziem znajdującym się w rękach głowy państwa. Z pewnością więcej narzędzi mają rządzący, ale nie wydaje się, by byli chętni po nie sięgać. Gest prezydenta ma jednak ogromne znaczenie. Świat usłyszał, że Polska nie będzie godzić się na poniewieranie pamięci o swoich ofiarach. To głośne non possumus stało się czytelnym sygnałem, że kiedy idzie o godność własnego narodu, Polacy miejsca na kompromisy nie widzą. Pamięć o ofiarach Wołynia nie podlega politycznemu targowi, bo są wartości ważniejsze od chwilowych korzyści geopolitycznych.
Naturalny sprzeciw budzi w człowieku przywoływana przez wielu komentatorów zasada, zgodnie z którą moralność należy pozostawić w sferze życia osobistego, bo w polityce międzynarodowej liczą się wyłącznie interesy i dla rozważań moralnych miejsca nie ma. Wygląda na to, że to zasada, którą dobrze przyswoił sobie prezydent Ukrainy. Kiedy Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, to Polska stanęła przy napadniętym sąsiedzie. Nie tylko pierwsi ruszyliśmy z pomocą, ale też mobilizowaliśmy państwa Zachodu, które stawiały raczej na przeczekanie, nie widząc potencjału w oporze wobec putinowskiej agresji. Gdy stojący wówczas na czele rządu Mateusz Morawiecki objeżdżał europejskie stolice, w Polsce odbywało się „pospolite ruszenie”, w ramach którego miliony Polaków angażowały się w organizację pomocy dla Ukrainy i pomocy przybywającym do Polski uchodźcom. Teraz jednak Wołodymyr Zełenski widzi interesy swojego kraju gdzie indziej. Ważniejszym od Polski partnerem stali się Niemcy.
Obrażenie Polaków pod pretekstem suwerennej realizacji polityki historycznej swojego państwa jawi się jako idealny sposób na naturalne zepchnięcie Warszawy na drugi plan i zrobienie miejsca dla Berlina w przeddzień rozpoczęcia poważnych rozmów o inwestycjach planowanych po zakończeniu wojny. Możliwość odwrócenia przy tym uwagi od skandali korupcyjnych i wzmocnienia gasnącego w kraju poparcia sprawia, że ruch Zełenskiego naprawdę zdaje się być świetnym posunięciem. Czy jednak w dłuższej perspektywie rzeczywiście przyniesie korzyść Ukrainie? Tu można mieć wątpliwości.
Dziwi narracja lewicowo-liberalnych mediów, nie tylko polskich, grzmiących o „nacjonalistycznym” prezydencie Polski, który chcąc zyskać poparcie „polskich nacjonalistów”, wystawił na szwank polsko-ukraińskie relacje. Narracja, po którą – co jest szczególnie bezczelne – sięgnął sam Zełenski. Te relacje oczywiście zostały wystawione na szwank, ale przez władze Ukrainy. I to one odwołują się do najgorszej możliwej formy nacjonalizmu. Zbyt często w całej dyskusji zapomina się, że istotą problemu jest nazwanie jednostki wojskowej imieniem nacjonalistycznej, zbrodniczej organizacji. Ukraińska Powstańcza Armia, czyli zbrojne ramię Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, opierała się na skrajnie rasistowskiej ideologii, której celem było dążenie do czystości etnicznej. Ta ideologia motywowała członków UPA do mordowania Polaków i Żydów.
Napaść Rosji na Ukrainę poprzedził Euromajdan, w ramach którego Ukraińcy wyrazili wolę stania się częścią wspólnoty europejskiej. W tej wspólnocie nie ma jednak miejsca na taki nacjonalizm. Nie można być częścią Unii Europejskiej, odwołując się do totalitaryzmów, w tym do banderyzmu. Chcąc budować przyszłość Ukrainy na odwołaniu do UPA, obóz ukraińskiego prezydenta przekreśla przyszłość Ukrainy w Unii Europejskiej. Nawet jeśli dziś liberalne media europejskie przymykają oko na tego typu gesty, stawianie za wzór najgorszej formy nacjonalizmu nie doprowadzi Ukrainy do miejsca, w którym chciałaby się ona znaleźć.
Antypolskim gestem Zełenski uderza też w półtora miliona Ukraińców przebywających w Polsce. To oni są narażeni na to, że jako pierwsi odczują reperkusje tego konfliktu. Tutaj pojawia się przestrzeń, w której skutki głupiej polityki ukraińskiego przywódcy może ograniczyć każdy z nas. Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji Polacy napisali piękną kartę swojej historii. Teraz nie możemy dopuścić, by działania Zełenskiego położyły się na niej cieniem. Na Ukrainie wciąż trwa wojna, a przebywający w naszym kraju Ukraińcy są gośćmi, których przyjmujemy nie dla politycznych korzyści. Nawet jeśli czasem bywają to goście trudni, zasługują na naszą życzliwość i szacunek. Nic też nie zmienia się co do zagrożenia ze strony putinowskiej Rosji, które odsuwamy od naszych granic, wspierając walkę Ukrainy. Dlatego z tego wsparcia nie wolno nam rezygnować. Nawet jeśli dziś czujemy po prostu złość.
