Prymasa wówczas wśród zgromadzonych nie było. Ale tym większe, wstrząsające wrażenie robił przygotowany dla głowy polskiego Kościoła fotel przy ołtarzu, na którym złożono ogromny bukiet biało-czerwonych kwiatów. Klasztor był otwarty całą noc z 25 na 26 sierpnia. Ludzie oblegali wszystkie konfesjonały. Osobno, w zakrystii, spowiadali się księża. Jak potem ogólnikowo wspominali paulini, wielu ludzi, którzy ulegli szantażowi UB i denuncjowali swoich bliźnich, właśnie tej nocy zrzucało z siebie ciężar sumienia. Naoczni świadkowie wspominali, że w jednym czasie spowiadało wówczas nawet do dwustu kapłanów. Można było odnieść wrażenie, że po dwunastu latach stalinizmu ludzie zrzucają ze swych pleców jakiś gigantyczny, gniotący ich ciężar. To, że w tamten dzień, 26 sierpnia, przybyło do Częstochowy tak ogromne mrowie ludzi, było wynikiem mrówczej pracy tysięcy proboszczów, którzy rozpowszechniali tekst ślubów, które miał przyjąć naród polski w najświętszym dla siebie miejscu. Bardzo wielu pielgrzymów nawet nie wiedziało, że konkretnie mają być złożone jakieś przysięgi, ale kierowali się wskazówkami, że tego dnia na wałach jasnogórskich wydarzy się coś niezwykle ważnego. Zagrożenie doskonale też wyczuwała komunistyczna władza. Wojewódzkie Rady Narodowe wysyłały ostrzeżenia do władz w Warszawie, że liczyć się trzeba z fenomenem masowego przyjazdu wiernych do Częstochowy.
Tekst ślubów wygłaszany był przez prowadzącego nabożeństwo biskupa Michała Klepacza, który odczytywał kolejne teksty ślubowania, a wielusettysięczny tłum uroczyście powtarzał: „Królowo Polski, przyrzekamy”. Opracowany przez prymasa Wyszyńskiego, przebywającego w kolejnych miejscach odosobnienia, tekst ślubów miał charakter swego rodzaju psychologicznego katharsis po pięciu latach wojny i dziesięciu latach stalinowskiego terroru. Był to jeden wielki rachunek sumienia. Gdy pytałem najstarszych weteranów o tamtą zbiorową obietnicę wyjścia z moralnego upadku, opowiadali mi, że potem tylko raz otarli się o masowe zgromadzenia o tak poruszającym efekcie duchowym – w czasie pierwszej wizyty Jana Pawła II w Polsce w czerwcu 1999 roku.
Sam prymas Wyszyński, już po zwolnieniu z niewoli, wyznał wiernym, że myśl o odnowieniu ślubowań Jana Kazimierza z okresu najgłębszego upadku Polski w trakcie szwedzkiego potopu przyszła mu na myśl, gdy komunistyczni władcy przenieśli go z miejsca odosobnienia w Stoczku Warmińskim do Prudnika na Opolszczyźnie. Wtedy Wyszyński uświadomił sobie, że decyzja władz skierowała go na Śląsk, który dokładnie trzysta lat wcześniej był miejscem schronienia wygnanego króla Jana Kazimierza. Przemawiając do górali tatrzańskich w 1957 roku, Stefan Wyszyński wspominał, że czytając „Potop” Sienkiewicza, uświadomił sobie, iż pisarz opisuje wydarzenia, które zdarzyły się dokładnie trzy stulecia wcześniej. Równie dramatycznie przewodniczący polskiego Episkopatu oceniał wówczas aktualny dramat narodu, ugodzonego wpierw okupacją hitlerowską, potem ubezwłasnowolnieniem przez Stalina i wreszcie przeznaczonego do forsownej ateizacji. Zrozumiał, że swoistą terapią duchową może być jedynie dziesięcioletnia nowenna, zbudowana według wszystkich punktów odnowionych ślubów. Ten proces leczenia psychicznych ran Polaków znalazł swój pierwszy punkt w postaci obchodów milenium w 1966 roku, a 12 lat później znalazł wypełnienie w powołaniu Karola Wojtyły na tron papieski. Dwa lata później wybuchł ruch „Solidarności”, który można uznać za ostateczny triumf dzieła duchowego odrodzenia narodu, zapoczątkowanego właśnie wtedy, 26 sierpnia 1956 roku.
Aż prosi się więc, aby w tym roku świętować daty związane z Prymasem Tysiąclecia: 125. rocznicę jego urodzin, 70. rocznicę zgromadzenia się tłumów Polaków pod wałami jasnogórskimi i wreszcie 46. rocznicę Sierpnia ’80. Te wszystkie daty łączą się w jednym logicznym porządku.
Piotr Semka
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.