Do dramatu doszło 30 sierpnia. Jak relacjonował w rozmowie z Polsat News pan Łukasz, fizjoterapeuta wypoczywający na Krecie z żoną lekarką, para zareagowała po tym, gdy do hotelowej stołówki wbiegła osoba wołająca o lekarza.
– Ratowniczka, młoda dziewczyna, stała sparaliżowana – relacjonował mężczyzna.
Według jego relacji dziecko było nieprzytomne, bez wyczuwalnego pulsu i oddechu. O godz. 14:07 rozpoczęto resuscytację krążeniowo-oddechową, która trwała około 20 minut – do czasu przyjazdu służb.
Świadkowie mówią o braku sprzętu i całkowitym braku reakcji obsługi
– Obsługa się rozmyła. Krzyczeliśmy głośno, by przyniesiono nam AED albo torbę podstawową, gdzie byłoby AMBU. Ratownik powinien to mieć. Nikt nic nie przyniósł – mówił pan Łukasz.
Jak twierdził, defibrylator mógł znajdować się w recepcji, ale nie został dostarczony osobom prowadzącym reanimację. Według innego polskiego świadka AED miało być w biurze menedżera.
– Żona tego fizjoterapeuty trzy razy pytała w recepcji o AED. Pracownicy twierdzili, że tego sprzętu nie ma. Okazało się, że ten sprzęt był u menadżera w biurze – relacjonował.
Świadkowie twierdzą również, że na miejsce najpierw przyjechali policjanci, a służby ratunkowe pojawiły się po około 20–22 minutach.
Po śmierci dziecka grecka prokuratura rozpoczęła czynności. Według tamtejszych mediów zatrzymano pięć osób: dwóch kierowników hotelu, ratownika oraz rodziców 11-latki. Wszyscy zostali już zwolnieni.
Prawnik ratowniczki twierdzi natomiast, że jego klientka działała zgodnie z procedurą i po dotarciu do basenu zobaczyła, że dziewczynka była już na zewnątrz, a reanimację prowadzili lekarze.
Sprawa wywołała ogromne emocje wśród polskich turystów, którzy byli świadkami tragedii. Kluczowe będzie ustalenie, czy hotel dysponował właściwym sprzętem ratunkowym i czy personel zareagował zgodnie z obowiązującymi procedurami.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.