Trudno nie dostrzec w tym osobliwej hierarchii priorytetów. Państwo potrafi szczegółowo określić, co ma znaleźć się na dziecięcym talerzu, ile razy w tygodniu zupa ma być gotowana na wywarze warzywnym i kiedy ma pojawić się danie bez produktów odzwierzęcych. Kiedy jednak pojawia się propozycja, by ten talerz w ogóle był dostępny bezpłatnie dla każdego dziecka, nagle pojawiają się „analizy”, „kompleksowe prace” i prośba o zatrzymanie procedowania.
Od „diety planetarnej” do „zaniechania prac”
W piśmie z 29 czerwca Barbara Nowacka napisała wprost:
– W związku z powyższym zwracam się z uprzejmą prośbą o zaniechanie prac nad tym przedmiotowym projektem poselskim w zakresie jego dalszego procedowania.
MEN tłumaczyło, że prowadzi własne prace nad systemem żywienia w szkołach, obejmujące m.in. alergie i diety eliminacyjne. Problem w tym, że kilka miesięcy później ministerstwo przyznało, iż „na dziś nie ma decyzji o wprowadzeniu” bezpłatnych posiłków dla wszystkich uczniów w całym kraju.
Nie oznacza to, że najbiedniejsze dzieci zostały całkowicie pozbawione pomocy. Nadal funkcjonują zwolnienia z opłat oraz program „Posiłek w szkole i w domu”. Faktem pozostaje jednak, że projekt powszechnego darmowego obiadu został wstrzymany, a rządowego rozwiązania, które miałoby go zastąpić, dotąd nie przedstawiono. I bez społecznych nacisków zapewne się nie pojawi.
Tymczasem od 1 września w szkolnych stołówkach obowiązuje nowy model żywienia. Państwowe materiały promują „dietę planetarną”, czyli większy udział warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych i roślin strączkowych, obowiązkowy posiłek roślinny raz w tygodniu oraz ograniczenie cukru i żywności wysoko przetworzonej. Ministerstwo Zdrowia przedstawia te zmiany buńczucznie jako oparte na aktualnej wiedzy żywieniowej i korzystne dla zdrowia. Warto jednak podkreślić, że już media wykazały działania lobbingowe w tym obszarze.
Krytycy wskazują, że szkoła nie powinna stawać się miejscem odgórnego eksperymentowania z preferencjami żywieniowymi dzieci, szczególnie gdy w części placówek problemem pozostaje marnowanie posiłków.
Państwo „wie lepiej”, ale kto odpowiada za dziecko?
W tle tych sporów pozostaje jeszcze głośna sprawa interwencji Rzeczniczki Praw Dziecka Moniki Horny-Cieślak. Po jej zaangażowaniu dwoje małych dzieci trafiło do placówki opiekuńczo-wychowawczej, mimo że wcześniejsze działania policji, kuratora i sądu nie doprowadziły do ich natychmiastowego odebrania. Sąd później nakazał ich niezwłoczny powrót do rodziców, a według opublikowanych fragmentów uzasadnienia działania wobec rodziny oceniono jako rażąco nieproporcjonalne i mogące nosić znamiona „przemocy instytucjonalnej”.
Obraz wyłaniający się z ostatnich miesięcy jest osobliwy. Państwo coraz dokładniej określa, czego dziecko ma się uczyć, co ma jeść i jak ma wyglądać jego szkolna codzienność. Potrafi ograniczyć podstawę programową, przebudować szkolne menu i stworzyć kolejne administracyjne mechanizmy kontroli. A jednocześnie prosta propozycja – jeden bezpłatny gorący posiłek dla każdego ucznia – trafia na hamulec.
Można dyskutować, czy powszechne darmowe obiady są najlepszym rozwiązaniem i ile kosztowałyby budżet. Ale trudno nie zauważyć kontrastu: na regulowanie dziecięcego talerza energia się znalazła. Na decyzję, kto za ten talerz zapłaci – zabrakło chętnych.
Co za żenujące działania!
Zenon Witkowski
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.