Polityka

MEN zagląda dzieciom do talerzy. A Lubnauer? Tani orwellowski trik zamiast odpowiedzi

Państwo ustala, co i jak często ma znaleźć się na talerzu dziecka, krytyk pyta o sens takich nakazów i o hipokryzję urzędników, a przedstawicielka władzy odpowiada, że… została zaatakowana z powodu wyglądu.

4 min czytania
Katarzyna Lunbnauer Screenshot - YouTube.webp
Katarzyna Lunbnauer Screenshot - YouTube.webp

Spór Patryka Jakiego z Katarzyną Lubnauer wokół nowych zasad żywienia w szkołach coraz mniej przypomina debatę o zdrowiu dzieci, a coraz bardziej pokaz techniki dobrze znanej z orwellowskiej polityki języka: zmień znaczenie zarzutu, przypisz przeciwnikowi inną intencję, a później oburzaj się już na tę własną interpretację. Czy polska debata musi być aż tak uboga?

Od 1 września obowiązuje rozporządzenie ministra zdrowia z 16 lutego 2026 roku, a więc – dla ścisłości – nie rozporządzenie MEN. Przepisy zobowiązują placówki m.in. do zwiększenia udziału produktów roślinnych, wprowadzenia co najmniej jednego pełnowartościowego obiadu roślinnego tygodniowo opartego na nasionach strączkowych oraz ograniczają częstotliwość podawania niektórych produktów. Państwowe służby sanitarne przedstawiają zmiany jako sposób na „kształtowanie prawidłowych nawyków żywieniowych”.

Patryk Jaki zwrócił uwagę na coś bardzo prostego: dlaczego dzieciom narzuca się określony model żywienia, podczas gdy – według niego – w stołówce resortu sami urzędnicy mają znacznie większy wybór, również codzienny dostęp do potraw mięsnych?

Katarzyna Lubnauer odpowiedziała jednak nie na ten zarzut, lecz na zarzut, którego Jaki – mówi – w ogóle nie postawił.

– „Wykorzystuje do tego moje zdjęcie. Po co? Po to, żeby zwrócić uwagę na moją otyłość” – stwierdziła wiceminister.

Jaki odpowiedział:

– „Nie, pani minister. Ten film jest po to, aby zwrócić uwagę na pani hipokryzję”.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się najbardziej interesująca część całej historii.

Najpierw kontrola talerza, potem kontrola narracji

Mechanizm jest wyjątkowo wygodny i od dawna znany. Zamiast odpowiedzieć: dlaczego państwo powinno aż tak szczegółowo regulować jadłospis cudzych dzieci oraz czy takie rozwiązania uwzględniają ich indywidualne potrzeby, Lubnauer przenosi dyskusję na własny wygląd. Krytyka polityki publicznej zostaje więc przeformatowana w rzekomy atak personalny.

Nieważne już, o co pytał przeciwnik. Ważne, jak władza zdefiniuje jego pytanie.

To niemal podręcznikowa metoda kontroli debaty: najpierw stworzyć wygodną interpretację słów krytyka, później przypisać mu naganną intencję, a następnie ustawić się w roli ofiary. W ten sposób dyskusja o dzieciach, szkolnych stołówkach i granicach ingerencji państwa zostaje zastąpiona dyskusją o tym, czy wolno komentować wygląd Katarzyny Lubnauer.

Barbara Nowacka poszła jeszcze dalej, nazywając Jakiego „internetowym damskim bokserem” i zarzucając mu „kłamstwo, manipulację i pogardę”. Emocjonalna zasłona dymna zrobiła się więc już niemal kompletna.

Tylko dzieci gdzieś z tej dyskusji zniknęły. Przypadek?

A właśnie one powinny znajdować się w jej centrum. Nie każde dziecko może bowiem bezproblemowo dostosować się do ministerialnie zaprojektowanego modelu żywienia. Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej podkreśla, że przy alergii pokarmowej szkoła powinna zapewnić dietę zgodną z indywidualnymi potrzebami dziecka, a niewłaściwy produkt może wywołać objawy od bólu brzucha i wymiotów po reakcję anafilaktyczną. Konieczna jest tutaj współpraca rodziców, lekarzy i placówki.

Jeszcze innym problemem są dzieci w spektrum autyzmu, w tym te, które według wcześniejszej nomenklatury diagnozowano jako osoby z zespołem Aspergera. Badania pokazują, że wybiórczość pokarmowa występuje u nich znacznie częściej niż u dzieci neurotypowych. Przegląd badań z 2024 roku wskazywał jej występowanie u 21–76 proc. badanych dzieci w spektrum, a szczególne znaczenie miały tekstura i smak potraw. Nowszy przegląd również wskazuje na silny związek wybiórczości z wrażliwością na teksturę, smak, zapach czy kolor żywności.

Nie oznacza to oczywiście, że rośliny strączkowe czy ograniczenie cukru są szkodliwe. Oznacza coś znacznie prostszego: dziecko nie jest standardowym egzemplarzem, którego potrzeby można opisać jedną ministerialną tabelką. Jeżeli odgórna norma nie pozostawia wystarczającej elastyczności, dziecko z silną nadwrażliwością sensoryczną może po prostu odmówić jedzenia, a dziecko z alergią potrzebuje indywidualnie przygotowanej diety.

I właśnie dlatego cała filozofia administracyjnego urządzania dziecięcego talerza budzi sprzeciw. Zdrowego odżywiania należy uczyć. Rodzicom trzeba przekazywać wiedzę. Szkoły powinny zapewniać dobre jakościowo jedzenie. Ale czym innym jest edukacja, a czym innym przekonanie, że urzędnik w Warszawie potrafi lepiej od rodzica, lekarza i szkoły zaprojektować codzienny obiad konkretnego dziecka.

To sposób myślenia zadziwiająco przypominający dawne centralistyczne zarządzanie: władza ustala normę, obywatel ma się dostosować, a kiedy protestuje – zaczyna się tłumaczenie, że problemem nie jest norma, lecz sam protestujący.

A gdy ktoś próbuje o tym rozmawiać, można zawsze powiedzieć, że chodziło mu o coś zupełnie innego.

Orwell zapewne doceniłby tę metodę.

Czy krzywa mina pani ministrer na zdjęciu też będzie przedmiotem kolejnej polemiki? 

Jerzy Mróz

Źródło: mp/PubMed, X, Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej