W 2022 roku Parlament Europejski przyjął reformę zasad pobierania opłat drogowych. Jej kierunek określono jasno: od opłat czasowych w stronę systemów zależnych od przejechanego dystansu. Jednocześnie sam PE zastrzegł: „Nie będzie to zmuszać państw członkowskich UE do pobierania opłat od pojazdów korzystających z ich dróg”. Jeśli jednak państwo zdecyduje się wprowadzić takie opłaty, musi stosować unijne zasady.
Płacisz przy dystrybutorze, zapłacisz jeszcze za kilometr?
Absurd zaczyna się w momencie, gdy podatek kilometrowy miałby nie zastąpić istniejących obciążeń, lecz zostać do nich dołożony. Kierowca samochodu spalinowego już przecież finansuje państwo przy każdym tankowaniu. W cenie paliwa zawarte są m.in. VAT i akcyza, więc im więcej ktoś jeździ i im więcej paliwa zużywa, tym więcej podatku już dziś płaci.
Po co więc tworzyć kolejny licznik podatkowy? Jeżeli ktoś zużywa więcej paliwa, bo dużo jeździ, już dziś płaci więcej danin. Dodatkowa opłata za każdy kilometr oznaczałaby w praktyce możliwość fiskalnego kasowania obywatela drugi raz za tę samą mobilność.
Najbardziej ucierpieliby przy tym nie właściciele mieszkań w centrach wielkich miast, którzy mogą korzystać z metra, tramwaju czy komunikacji miejskiej. Zapłaciliby mieszkańcy wsi, małych miejscowości, ludzie dojeżdżający kilkadziesiąt kilometrów do pracy, rodzice wożący dzieci do szkół oraz przedsiębiorcy, których samochód jest narzędziem pracy.
Dochodzi jeszcze kwestia kontroli. Parlament Europejski poparł rozwiązania przewidujące szersze raportowanie przebiegu pojazdów do krajowych baz danych. Oficjalnym celem jest walka z cofaniem liczników i oszustwami na rynku wtórnym, a nie stworzenie podatku kilometrowego.
Tyle że infrastruktura danych ma znaczenie. Dziś służy kontroli przebiegu pojazdu, jutro może ułatwić rozliczanie opłat zależnych od liczby przejechanych kilometrów. Nie oznacza to, że taki podatek został już zdecydowany. Oznacza natomiast, że obywatele powinni wyjątkowo uważnie patrzeć politykom na ręce.
Bo historia podatków ma pewną wyjątkowo nieprzyjemną cechę: znacznie łatwiej wprowadzić nową daninę niż później z niej zrezygnować.
Jeżeli kiedyś opłata kilometrowa miałaby zastąpić część podatków zawartych w paliwie, można dyskutować o zmianie systemu. Jeżeli jednak miałaby zostać dopisana do obecnego rachunku, byłby to kolejny pomysł na wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni ludzi tylko dlatego, że muszą dojechać do pracy, szkoły czy lekarza.
W tle tych pomysłów pozostaje oczywiście unijna polityka klimatyczna, która od lat coraz mocniej podporządkowuje transport celom redukcji emisji. Zamiast tworzyć system, w którym obywatel ma realny wybór i dostęp do tańszych alternatyw, kolejne rozwiązania coraz częściej sprowadzają się do podnoszenia kosztów korzystania z samochodu. Najpierw normy emisji, później droższe paliwa, strefy ograniczonego transportu, presja na wymianę aut, a teraz coraz śmielej pojawiające się modele opłat zależnych od przebiegu. W teorii ma to zmieniać zachowania transportowe. W praktyce łatwo dojść do absurdu, w którym polityka klimatyczna przestaje być narzędziem modernizacji gospodarki, a zaczyna przypominać system kar finansowych nakładanych na ludzi za to, że dojeżdżają do pracy, wożą dzieci do szkoły albo mieszkają tam, gdzie autobus kursuje trzy razy dziennie.
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.