Najnowszym tego przykładem było wystąpienie Aleksandry Dulkiewicz na Westerplatte 1 września. Prezydent Gdańska mówiła m.in. o blokadzie Leningradu i cierpieniu cywilów. Samo wspomnienie Leningradu nie jest oczywiście niczym nagannym. Tyle że Westerplatte 1 września ma najwidoczniej pewną „drobną wadę” z punktu widzenia „magistrackiej szkoły historycznej”: bardzo trudno oderwać je od faktu, że tego dnia Niemcy napadły na Polskę.
Może to rzeczywiście kłopotliwy szczegół.
Można więc zadać pytanie: czy naprawdę w rocznicę niemieckiej agresji, na Westerplatte, zabrakło tematów związanych z polskimi żołnierzami, obroną Wybrzeża, Pocztą Polską, niemieckim terrorem i początkiem okupacji?
Najwyraźniej zabrakło, bo trzeba było jeszcze koniecznie pojechać do Leningradu, żeby odwrócić uwagę od niemieckich zbrodni na Polakach i ogólnie na ziemiach polskich.
Od „radosnego pochodu” do śmietników przy polskich pocztowcach
Problem w tym, że takich sytuacji było więcej.
W 2019 roku, przy okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej, w miejskiej zapowiedzi wydarzeń pojawiły się sformułowania o „radosnym pochodzie”, „tańcach” i „wspólnym świętowaniu”.
1 września. W Gdańsku. W rocznicę wybuchu II wojny światowej.
Trudno wymyślić bardziej osobliwy dobór słów, chyba że ktoś planował jeszcze konkurs karaoke pod Westerplatte.
Po protestach język zmieniono, a władze miasta przekonywały, że nikt nie chciał naruszać godności ofiar.
To dobrze. Problem polega na tym, że w przypadku pamięci historycznej nie wystarczy potem tłumaczyć, że „nie o to chodziło”. Wystarczyłoby wcześniej pomyśleć, jak to brzmi.
Rok później mieliśmy kubły na śmieci ustawione przy murze związanym z historią obrońców Poczty Polskiej.
Wtedy rzecznik prezydent Gdańska Daniel Stenzel tłumaczył:
– Nie jest to miejsce, które jest objęte szczególną pamięcią.
To zdanie należałoby chyba oprawić i zawiesić w magistracie. Bo lepiej od setki przemówień pokazuje pewien sposób myślenia.
Jeśli więc to nie jest miejsce „szczególnej pamięci”, to aż strach pytać, co nią jest. Może sala konferencyjna podczas obchodów Dnia Jedności Niemiec?
Bo takie uroczystości miastu problemu nie sprawiają.
Podobnie jak organizowanie wydarzeń poświęconych Clausowi von Stauffenbergowi. Sam temat historyczny jest oczywiście uzasadniony, ale w polskim mieście można chyba wymagać, by niemieckiego oficera przedstawiać z całym bagażem jego biografii, a nie tylko w wygodnej roli „dobrego Niemca”, który próbował zabić Hitlera.
Do tego dochodziła wystawa „Nasi chłopcy” poświęcona mieszkańcom Pomorza wcielonym do Wehrmachtu. Sam dramat przymusowych wcieleń jest prawdziwy i zasługuje na opowiedzenie. Ale tytuł „Nasi chłopcy” był wręcz zaproszeniem do awantury.
I znowu: można potem tłumaczyć kontekst, intencje, cierpienie rodzin i historyczną złożoność. Tylko po co stale konstruować przekaz tak, żeby Polacy najpierw się oburzyli, a potem można im było wyjaśniać, że „nie zrozumieli”?
W Gdańsku pamięć narodowa zawsze musi mieć przypis
Do tego dochodzą kolejne sprawy: nazistowska przeszłość niektórych patronów tramwajów, spory wokół historycznych terenów Gedanii, niemieckie akcenty w miejskiej polityce pamięci, nieobecność władz przy części polskich upamiętnień. Każda z tych historii ma własny kontekst. Nie każda jest skandalem tej samej rangi. Ale kiedy podobne sytuacje układają się w serię, trudno już mówić wyłącznie o przypadkach.
Powstaje bowiem pewien wzór.
Gdy chodzi o niemiecką historię miasta – potrzebujemy niuansu, kontekstu, europejskiej perspektywy i pojednania. Gdy natomiast chodzi o polską pamięć – często pojawia się pytanie, czy aby nie jesteśmy zbyt przewrażliwieni.
To bardzo interesująca asymetria, nieprawdaż?
Gdańskie elity najwyraźniej bardzo nie lubią historii w wersji zbyt prostej. A czasem historia jest właśnie prosta.
- 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę.
- Westerplatte broniła polska załoga.
- Polscy pocztowcy bronili Poczty Polskiej.
- Niemcy rozpoczęli okupację, terror i masowe mordy.
Naprawdę nie trzeba do tego pięciu seminariów, siedmiu paneli pojednania i przypisu o „skomplikowanej tożsamości miasta”. Czasem wystarczy zwyczajnie i po prostu powiedzieć prawdę.
Westerplatte nie potrzebuje historycznego multitaskingu
Jak się wydaje, największy problem z wystąpieniem Dulkiewicz nie polega na tym, że wspomniała o Leningradzie. Problem polega na tym, że władze Gdańska od lat mają niezwykły talent do wybierania takich akcentów, które sprawiają, że polska pamięć zaczyna wyglądać jak jedna z wielu wersji wydarzeń.
A Westerplatte nie jest miejscem „jednej z wersji”.
Nie jest neutralnym punktem na mapie europejskiej pamięci.
Nie jest też sceną do historycznego multitaskingu.
To symbol napaści Niemiec na Polskę i polskiego oporu.
I właśnie dlatego wypadałoby, żeby 1-go września polska historia nie musiała konkurować tam o uwagę z kolejnymi pobocznymi wątkami.
Igor Zalewski, komentując wystąpienie prezydent Gdańska, przypomniał słynną kwestię doktora Sztrosmajera ze „Szpitala na peryferiach”:
– Gdyby głupota miała skrzydła, latałaby pani jak gołębica.
Mocne? A i owszem.
Ale może jednak zbyt łagodne.
Bo głupota jest przypadkowa. Tu od lat widać raczej konsekwencję.
I właśnie ona jest najbardziej niepokojąca.
Gdańsk nie musi być miastem antyniemieckim. Nie powinien być. Powinien być natomiast miastem, które nie wstydzi się polskiej pamięci i nie rozpuszcza jej za każdym razem w wygodnym europejskim sosie.
Bo pojednanie bez jasnej pamięci o agresorze i ofierze nie jest pojednaniem.
Jest amnezją.
Zenon Witkowski
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.