Wiadomości
W filmie „Whiplash” jest taka scena, w której główny bohater, młody utalentowany perkusista, w skutek intrygi zostaje poniżony i „zlinczowany” podczas najważniejszego koncertu swojego życia. W efekcie schodzi z koncertowej sceny w przekonaniu, że nigdy już na nią nie powróci. Żegnające go ciche brawa publiczności są bardziej wymowne, niż buczenie czy gwizdy i zdają się tylko potwierdzać, że muzyk ów jest skończony. Wychodzi za kurtynę, gdzie czeka na niego ojciec, ostatni bliski mu człowiek. Ten, przytulając syna, niczym małego chłopca, mówi cztery słowa: „chodźmy już do domu”. Tylko tyle – więcej nie trzeba. Wydaje się, że wszystko, co było do powiedzenie, zostało już powiedziane, wszystko, co było do zrobienia, zostało już zrobione. To kulminacyjny moment filmu. Bo oto następuje zwrot akcji. Główny bohater, jeszcze chwilę temu wrak człowieka, w geście determinacji odwraca się na pięcie, by pozostawić zdumionego ojca i powrócić na scenę. Powraca, by dokończyć, co zaczął - dokończyć pr