Wiadomości
„Zsiadłem z roweru i zerwałem ciężką kiść czarnych owoców, pokrytych prześlicznym, sinawym puszkiem. Wgryzłem się w nie spragniony – było mi gorąco i usta miałem wyschnięte. Niebo już pociemniało i tylko nad górami, w stronie słońca, było jeszcze popielatobłękitne. Wiał wiatr. Siedziałem na rozgrzanym kamieniu, patrzyłem w niebo głaskany gorącym wiatrem, a po brodzie ciekł mi purpurowy sok zerwanych z krzaka winogron. Znowu nic nie myślałem – jadłem winogrona. Czułem tylko, jak intensywność życia wzmogła się we mnie do ostateczności” (Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, 28.08.1940). Z całych "Szkiców..." najbardziej zapadł mi w pamięć właśnie ten cytat. Bobkowski to soczewka, w której pewne polskie odruchy skupiają się bardzo silnie, bo jego wybory życiowe są inne niż wybory przeciętnego Polaka; on od Polski cały czas ucieka i pozostaje niezmiennie arcypolski.