Polityka

Zaklejone usta i kajdanki. Gdzie kończy się ochrona porządku, a zaczyna cenzura?

Relacja o Brytyjczyku zatrzymanym podczas milczącego protestu przeciwko ograniczaniu wolności słowa stała się dla Stefana Bartnika punktem wyjścia do ostrej refleksji nad mechanizmami cenzury. Jak czytamy, demonstrant miał stać na ulicy z zaklejonymi ustami, a interweniujący policjanci uznali jego przekaz za fałszywy, ponieważ –przekonywali go… siłą – w Wielkiej Brytanii wolność słowa istnieje.

3 min czytania
Brytyjczyk protestujący przeciwko cenzurze
Brytyjczyk protestujący przeciwko cenzurze · fot. via ChatGPT

W Wielkiej Brytanii już wielokrotnie dochodziło do zatrzymań uczestników pokojowych i milczących protestów, między innymi podczas demonstracji przeciwko zakazowi organizacji Palestine Action. Brytyjski Sąd Najwyższy dopuścił w lipcu 2026 roku możliwość dalszego zaskarżania tego zakazu, uznając, że sprawa dotyczy potencjalnie nieproporcjonalnej ingerencji w wolność słowa i zgromadzeń.

Bartnik zestawia opisany incydent z realiami państw komunistycznych, w których władza karała obywateli nie tylko za wypowiedziane słowa, lecz również za domyślne znaczenie ich gestów.

Czysta kartka, którą władza potrafiła „odczytać”

Autor przypomniał popularny w Związku Sowieckim i państwach bloku wschodniego dowcip o człowieku zatrzymanym na placu Czerwonym za trzymanie pustej kartki papieru. Gdy protestował, że niczego na niej nie napisał, funkcjonariusze mieli odpowiedzieć: „Przecież wszyscy wiedzą, co powinno być napisane”.

Ta smutna w wydźwięku anegdota dobrze oddaje logikę systemu totalitarnego – obywatel mógł zostać ukarany nie za treść komunikatu, lecz za znaczenie przypisane mu przez władzę. Podobny mechanizm Bartnik dostrzega w represjach po protestach studenckich w marcu 1968 roku, gdy władze PRL oskarżały uczestników demonstracji o działalność wymierzoną w ustrój państwa.

Przytoczył fragment satyrycznej piosenki odnoszącej się do tamtych wydarzeń:

– Pan prokurator ma rację, mamy w Polsce demokrację. Pan prokurator ma rację, demokracja jest.

Ironia utworu polegała na zderzeniu oficjalnych deklaracji o demokracji z brutalnym tłumieniem protestów przez Milicję Obywatelską, Służbę Bezpieczeństwa i aktyw robotniczy. Dla uczestników Marca ’68 hasła o demokratycznym państwie brzmiały szczególnie groteskowo w sytuacji, gdy za krytykę władzy groziły zatrzymania, relegowanie z uczelni i surowe wyroki.

Współczesna Wielka Brytania nie jest – przynajmniej oficjalnie - państwem totalitarnym, a jej sądy wielokrotnie stawały po stronie wolności wypowiedzi. Coraz szersze stosowanie ustaw antyterrorystycznych wobec protestujących wywołuje jednak realną debatę o granicach ingerencji państwa. Podczas jednej z demonstracji przeciwko delegalizacji Palestine Action policja zatrzymała setki osób za publiczne wyrażanie poparcia dla zakazanej organizacji.

Michnik, pozwy i spór o prawo do ostrej krytyki

Bartnik przywołał również sprawy sądowe wytaczane przez Adama Michnika swoim krytykom. Jedna z nich dotyczyła publikacji IPN, w której napisano, że ojciec redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, Ozjasz Szechter, został przed wojną skazany za szpiegostwo na rzecz ZSRR.

Warto doprecyzować, że Szechter został skazany w 1934 roku nie za szpiegostwo, lecz za próbę obalenia przemocą ustroju państwa poprzez działalność w kontrolowanej przez komunistów Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Michnik zażądał sprostowania, przeprosin oraz wpłaty 50 tys. zł na cel społeczny. Ostatecznie prawomocny wyrok nakazał IPN przeproszenie go za błędne określenie podstawy skazania ojca.

Jeszcze bardziej symboliczna była sprawa przeciwko Rafałowi Ziemkiewiczowi. Michnik pozwał publicystę za stwierdzenie, że „zwykł terroryzować przeciwników pozwami sądowymi”.

– To przypomina skecz z Monty Pythona: Adam Michnik pozwał mnie za stwierdzenie, że zwykł terroryzować przeciwników pozwami – komentował Ziemkiewicz.

Sądy obu instancji oddaliły roszczenia Michnika. Sąd Apelacyjny uznał, że wobec osoby publicznej granice dopuszczalnej, nawet zjadliwej krytyki są szersze, a redaktor naczelny dużego dziennika może odpowiadać swoim przeciwnikom we własnych mediach zamiast próbować uciszać ich za pomocą postępowań sądowych.

Do tych skojarzeń Bartnik dołączył wypowiedź prof. Radosława Markowskiego. W mediach społecznościowych szeroko komentowano fragment rozmowy, w którym politolog mówił o czasach, gdy obóz demokratyczny miał „pod ręką ZOMO”. Krytycy przedstawiali te słowa jako tęsknotę za brutalnymi metodami zwalczania politycznych przeciwników. Pełny kontekst wypowiedzi nie jest jednak dostępny w wiarygodnym zapisie tekstowym, dlatego nie powinno się przesądzać, czy była to aprobata dla ZOMO, ironia, czy opis historycznej sytuacji.

Wpis Bartnika kończy się oskarżeniem wobec Facebooka. Autor stwierdza, że platforma obniża zasięgi jego publikacji ze względu na ich treść i prosi odbiorców o udostępnianie materiałów.

– W ramach walki o wolność słowa i demokrację lewacki Facebook obniża zasięgi moich tekstów – napisał.

Demokracja nie polega bowiem na zapewnianiu, że wolność słowa istnieje. Jej prawdziwym testem jest gotowość do ochrony wypowiedzi niewygodnych, przesadnych, prowokacyjnych, a nawet obraźliwych – dopóki nie stają się bezpośrednim nawoływaniem do przemocy lub przestępstwa.

Źródło: mp/Facebook/Czesław Bartnik, PAP, The Guardian, Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej