Uwaga

Feliks Koneczny: Poczucie narodowe

Idźmy dalej po niezbyt szerokiej drodze, na jakiej układa się stosunek społeczeństwa i państwa. Czy nie uderzało to czytelnika, że mówiąc o tych wielkich zrzeszeniach, nie wymieniłem dotychczas ani razu narodu?

9 min czytania
O wielości cywilizacji, Feliks Koneczny, Wydawnictwo Fronda.jpg
O wielości cywilizacji, Feliks Koneczny, Wydawnictwo Fronda.jpg · fot. Fot. via Wydawnictwo Fronda

Nie sądzę, jakoby naród stanowił tu jakiś trzeci rodzaj obok tamtych. Mniemam raczej, że gdzie państwo oparte jest na społeczeństwie, tam ono stanowi podstawę tak państwa, jak też narodu. Są to nadbudowy społeczeństwa; mianowicie państwo jest nadbudową prawną, naród zaś – etyczną. Gdzie panuje bezetyczność, tam poczucie narodowe się osłabia, o ile przedtem istniało; im bardziej ktoś boi się etyki w życiu publicznym, tym niżej ceni idee narodowe. 

W przeciwieństwie do państwa, które można widzieć i odczuć fizycznie, stanowi poczucie narodowe abstrakt, a przynależność narodowa może być uznawana tylko dobrowolnie; a zatem ta kwestia nie należy do kategorii prawa, lecz [do] etyki. 

Dobrowolnie przyjmuje się jarzmo obowiązków względem swego narodu, obowiązków skomplikowanych bez porównania bardziej niż obowiązki względem państwa. 

Narodowość nie jest siłą daną z góry, przyrodniczą czy antropologiczną, wrodzoną pewnemu żywiołowi etnograficznemu, lecz jest siłą aposterioryczną, nabytą, wytworzoną przez człowieka, a wytwarzaną dopiero na pewnym stopniu kultury. Są ludy, wśród których nie wytworzyła się żadna narodowość. Nie można przewidzieć, czy z pewnych ludów wytworzy się narodowość jedna, dwie czy więcej, bo w tej dziedzinie nie rozstrzygają żadne czynniki wrodzone, żadne dane aprioryczne, lecz rozwój historyczny, na który składają się pewne czynniki przyrodzone, ale też wolna wola ludzka, niedająca się obliczyć. Nie ma w całej Europie takiej krainy, o której mieszkańcach można by powiedzieć, że byli od zarania dziejów przeznaczeni, aby należeć do tej narodowości, a nie do niej. Tak np. nie można snuć żadnych przypuszczeń, jak daleko ku Zachodowi sięgnęłaby narodowość polska, gdyby Połabianie się utrzymali. Być może, że Polska rozciągałaby się aż po Łabę, ale również być może, że Wielkopolska należałaby do jednego z narodów połabskich. Nie było dane z góry, że w całym dorzeczu Wisły i Warty wytworzy się jeden naród. 

Przyrodzenie – etnografia i antropologia – nie daje związków większych jak zapewniają je ludy; narodów dostarcza historia. I dlatego narodowość jest nam tak droga jako wcielenie ideałów życia, bo jest wytworem pracy, nabytkiem rozwoju, świadectwem udoskonalenia, do którego doszło się ciężkim trudem pokoleń wśród walk, bólów, zawodów, ale też z myślą przewodnią, mającą wieść do coraz wyższego udoskonalenia tego materiału etnologicznego, który historia zebrała w naród przez dostojeństwo pracy kulturalnej. 

Nie znam też przykładu, żeby jakiś naród składał się z jednego tylko ludu. 

Naród jest zrzeszeniem ponadludowym, zrzeszeniem się ludów, a zatem pojawia się tam tylko, gdzie już się przeszło przez byt plemienny i połączenie (państwowe zazwyczaj) plemion w lud. Z tego wniosek, że nie mogą stanowić narodu społeczeństwa tkwiące w ustroju rodowym lub choćby w bycie plemiennym. Narodowość może się pojawić dopiero po całkowitej emancypacji rodziny. Sama ta okoliczność wyklucza z pojęcia narodowości cywilizację turańską, arabską, bramińską, chińską. 

Nie sposób identyfikować narodowości z odrębnością językową. Ileż w takim razie byłoby narodów! Wykazano zaś w rozdziale o językach, że całkowicie odrębne języki bywają udziałem zrzeszeń drobniejszych i niższych od narodu, złożonych z ludów. Kto określa narody według języków, powinien twierdzić, że narodowość jest siłą aprioryczną, daną człowiekowi z góry na drogę rozwoju cywilizacyjnego; że narody istnieją „od początku świata”, że było ich mnóstwo, lecz jeszcze w prawiekach protohistorii zaczęło się tępienie narodów słabszych przez silniejsze, tych przez jeszcze silniejsze itd., aż do dzisiejszej ich liczby – słowem, że narodowości dzieliły losy języków. Ale wobec tego zidentyfikowania należy uznawać odrębność narodowości prowansalskiej (langue d’oc), choć oni sami o to się nie proszą, mając się za Francuzów – natomiast Jankesów doliczyć do narodu angielskiego. Cóż począć z takim faktem, jak ten, że Chorwaci i Serbowie posiadają ten sam język, a znów lud koło Zagrzebia mówi nie po chorwacku, lecz po słoweńsku? 

Nie jest też narodowość pojęciem państwowym, bo może jeden naród tworzyć dwa państwa lub nawet kilka, a z drugiej strony więcej narodów należeć może do jednego państwa. Pewien związek tych pojęć zachodzi jednak, czego dowody [znajdujemy] w historii. 

Nasze polskie pojęcie narodu przechodziło przez znamienne zmiany. Inaczej rozumiano je w wieku XIV, za Władysława Niezłomnego, kiedy naród w Polsce tworzono, a inaczej za Zygmunta Augusta, kiedy tworzyła się ideologia „obojga narodów” Polski i Litwy. Skarga groził, że zachodzi niebezpieczeństwo utraty narodowości („i w inny się naród obrócicie”), a bezpośrednio po rozbiorach rozległy się narzekania, iż „przestaliśmy być narodem”. Czasy napoleońskie zrobiły nas we własnym poczuciu narodem na nowo (na tym właśnie polega znaczenie „epopei napoleońskiej” w wydaniu polskim) i już poczucia tego nie straciliśmy; wytworzyliśmy nawet nieznane dotychczas pojęcie narodowości poza państwem, choćby i bez państwa. Tak jest; nasze nowoczesne polskie pojęcie o narodzie pochodzi dopiero z XIX wieku. 

Dziś jest to rzecz z rodzaju tzw. wiadomych powszechnie, że angielskie czy francuskie nation wcale nie pokrywa się z naszym naród. Tam nie rozumieją narodu bez państwa, bo we własnej historii tego nie doświadczyli, a polskiej historii nie studiowali! Oni rozumieją przez nation po prostu państwo narodowe; w ich toku myśli naród jest zrzeszeniem tworzącym państwo. 

Żadną miarą nigdzie, także w języku angielskim, nie wywodzi się narodowości z państwa! Tego rodzaju pomysł pojawia się czasem w literaturze niemieckiej jako wpływ ideologii pruskiej – lecz nigdzie indziej. 

A prusactwo zajmuje odrębne miejsce pośród umysłowości zbiorowych, o czym tu rozwodzić się nie mogę i nie widzę potrzeby. Narodowość bezwarunkowo nie jest genezy państwowej, lecz wyłącznie społecznej. Nie państwa zmieniają się w narody, lecz społeczeństwa, mianowicie niektóre z tych, które przeprowadziły dokładną emancypację rodziny i zdobyły się na odrębność prawa publicznego. Nie wystarczą jednak te warunki; trzeba [jeszcze] czegoś więcej. 

Skoro społeczeństwa wydały z siebie pojęcie państwa narodowego, zatem musiały to być społeczeństwa takie, które posiadały moc, rozmach i mnożność, żeby móc wytwarzać zrzeszenia nowego, wyższego typu, decydujące o istocie państwa, a przynajmniej wpływające ogromnie na istotę państwa. Wytworzyć pojęcie może filozof w [swojej] samotni (a nawet zwykle tak bywa), ale wcielić je może tylko wykształcony ogół, gdy się nim przejmie i gdzie jest już odpowiednio liczny i odpowiednio wpływowy. Ażeby przyjęło się pojęcie narodu i żeby wydawało skutki, musiała tego pragnąć elita społeczeństwa i nadto musiała posiadać możność sprawienia tego, żeby naród istniał obok państwa. 

Dokonać tego mogły tylko takie społeczeństwa, które posiadały wpływ na państwo, gdzie społeczeństwo nie było przez państwowość pochłonięte, lecz gdzie państwo pozostawiało mu swobodę rozwoju. Toteż pojęcie narodu nie mogło powstać w cywilizacji egipskiej, ani też później w bizantyńskiej. 

Żydowskie pojęcie narodu wybranego oznacza współwyznawców i nie ma zgoła związku z zajmującą nas tu kwestią. 

Pozostają Hellada i Rzym. Grecy starożytni, [będąc] niezgodni w trójprawie, tym samym nie byli zdolni do wytworzenia zrzeszenia ogólnego. Nie brak było jednostek, które zdobyły się na pojęcie narodu helleńskiego (np. słynne miejsce u Herodota), ale nigdy powszechnie to się nie przyjęło. 

Pojęcie to rodziło się w cywilizacji rzymskiej, wypielęgnowane następnie przez łacińską. Nie znam przykładu narodu poza tą cywilizacją. Sięga ono tam tylko, dokąd sięgnął „klasycyzm”. Stają się narodami także takie ludy, które historycznie pozostawały poza obrębem wpływów rzymskich, skoro tylko przyjęły następnie cywilizację łacińską; dotyczy to ludów, które wyszły z całkiem innych łożysk cywilizacyjnych, np. Finów i Madziarów, skoro przystąpili do rodziny łacińskiej. 

Stwierdzam fakt: historia nie wykazała dotychczas poczucia narodowego poza cywilizacją łacińską. 

Promieniowało i promieniuje niejedno z jednej cywilizacji w drugą, bo występują wpływy wzajemne. Tak też pojęcie narodu przedostawało się nieraz z kręgu łacińskiego do innego – ale czy się przyjęło gdziekolwiek trwale i skutecznie? Skoro bowiem naród jest zrzeszeniem, a więc jego istota musi polegać na wspólności metod życia zbiorowego w obrębie tego zrzeszenia. 

Innymi słowy: naród musi cały należeć bez najmniejszych zastrzeżeń do tej samej cywilizacji. Zrzeszenie narodowe jest zrzeszeniem cywilizacyjnym. Gdyby nim nie było, nie byłoby niczym. Albowiem naród stanowi zrzeszenie dobrowolne, w przeciwieństwie do państwa, które jest zrzeszeniem przymusowym i bez przymusu nie mogłoby się rozwijać; nawet własne państwo narodowe musi mieć moc używania przymusu wobec obywateli, wobec tych samych, którzy je utworzyli. Absurdem zaś byłoby samo dopuszczenie przymusu w sprawach narodowych. Byliśmy z przymusu obywatelami rosyjskimi lub pruskimi – lecz pozostając Polakami. W ogóle czy można być przymusowo członkiem jakiegokolwiek narodu? 

Cywilizacja wypływa z dobrej, nieprzymuszonej woli; inaczej groziłby społeczeństwu dotkniętemu przymusem cywilizacyjnym stan acywilizacyjny (dlatego długa niewola zawiera w sobie to niebezpieczeństwo). 

Wola społeczeństwa dojrzałego do wytworzenia narodu nie może rozszczepiać się w dwóch kierunkach cywilizacyjnych; coś podobnego możliwe jest tylko u ludzi, którzy jeszcze sami nie wiedzą, czego chcą! Zresztą bez jednolitości cywilizacyjnej nie wytworzy się zrzeszenie dobrowolne a rozleglejsze – właśnie dla tych przyczyn utopią jest żywe poczucie narodowe o dwóch cywilizacjach. 

Szukajmy teraz innych cech narodowości. Będzie zapewne zupełna zgoda na to, że naród jest zrzeszeniem cywilizacyjnym, posiadającym ojczyznę i język ojczysty. Chodzi więc z kolei o definicję tych pojęć. 

Słyszy się często, że ojczyzna to nie sama tylko ziemia ojczysta, lecz cały szereg względów natury duchowej. Sądzę, że zwolniony jestem od roztrząsania tej kwestii, skoro do definicji narodu wcieliłem wyraz „cywilizacyjne” (zrzeszenie) – i tym samym uważam ten punkt za załatwiony. Stwierdzam jednakże, że wszelkie względy cywilizacyjne narodu muszą być związane z jakimś obszarem, mianowicie z siedliskami ludów tworzących wspólną narodowość, a zatem nie będzie żadnego nieporozumienia, gdy ten właśnie obszar nazywać będziemy ojczyzną. To spopularyzowane na całym świecie rozumowanie jest całkowicie słuszne. Każdy pyta po prostu drugiego: gdzie jest twoja ojczyzna? 

Ojczyzna jest to zwarte terytorium, stanowiące stałą siedzibę i widownię dziejów narodu. Wynika z tego pośrednio, że nie ma narodu bez historyzmu – i tak rzeczywiście jest. 

Kto ma ojczyznę, posiada też ojczysty język. Tak jak ojczyzna dla każdego jest jedyną, tak też nie można mieć dwóch języków ojczystych. Szwajcar uznaje, że jego językiem ojczystym jest język jego kantonu, jeden jedyny. 

Ojczyzna nie jest oczywiście pojęciem z dziedziny prawa prywatnego, lecz stanowczo z publicznego; co więcej, ojczyzna i patriotyzm nie mają nic wspólnego z prawem prywatnym, a zatem nie licują z prawem publicznym, które na prywatnym się opiera. Naród może więc powstać tylko w społeczeństwach posiadających odrębne prawo publiczne i gdzie państwo oparte jest na społeczeństwie. A zatem: tylko w cywilizacji łacińskiej.

I znów tworzy się w naszych oczach taki sam szereg cywilizacji, jaki już kilka razy przed nami stawał. Nie ma żadnego narodu poligamicznego, nie ma go przed emancypacją rodziny, nie ma bez swobód społeczeństwa, ani bez odrębnego prawa publicznego. Rozmaite metody ustroju życia zbiorowego szeregują się więc wciąż jednakowo. 

Jeszcze słowo o zrzeszeniach „ponadnarodowych”. Jest to ogromne nieporozumienie, jakoby tu należały marzenia średniowieczne o „rodzinie panów i ludów chrześcijańskich” oraz kilka późniejszych form, wcielanych mniej lub bardziej, aż do pruskiego programu o Pax Germanica i do współczesnego nam największego falsyfikatu historii powszechnej do Ligi Narodów. Były to i są zrzeszenia ponadpaństwowe, względnie dążenia do takiego zrzeszenia. Pomieszanie pojęć państwa i narodu wprowadza tu niepotrzebne powikłania i niezmierne utrudnienia. Dopóki się nie usunie tego nieporozumienia, nie postąpi się ani kroku ku skutecznemu wytworzeniu zrzeszenia ponadpaństwowego. 

Zrzeszenie ponadnarodowe jest absurdem, a to z powodu nieuchronnej odrębności ojczyzny i języka ojczystego. Można pomyśleć sobie państwo uniwersalne, ale czy jakiś uniwersalny język będzie ojczysty dla każdego? Czy można mieć ojczyznę wszędzie i gdziekolwiek? To są przypuszczenia jaskrawo antynarodowe. Kto myśli o zrzeszeniu ponadnarodowym, ten zmierza ku zniesieniu narodowości, a tym samym ku zniesieniu cywilizacji łacińskiej. Poczucie narodowe stanowi wielki postęp w dziejach społeczeństw cywilizacji łacińskiej; bez tego cywilizacja ta byłaby niezupełna. Albowiem najwyższym jej kryterium jest supremacja sił duchowych. Na czymże ma się oprzeć, gdzie czerpać swe rękojmie? Na państwie, więc na środkach przymusowych?! Tę supremację wyznawać można tylko dobrowolnie, z przekonania, bo nikt do niej nie zmusza ani przymuszać nie będzie; a zatem może się ona oprzeć również tylko na wielkim, dobrowolnym zrzeszeniu, a takim jest naród. Dopiero przez narody cywilizacja łacińska osiąga swoje szczyty. (…) 

 

Fragment książki „O wielości cywilizacji”, Nowe wydanie krytyczne pod. red. Romualda Piekarskiego, Wydawnictwo Fronda

Publikacja za zgodą Wydawcnictwa

Link do strony publikacji - ZOBACZ

 

Źródło: mp/Wydawnictwo Fronda

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej