Wiara
Z Bożej łaski jestem człowiekiem–chrześcijaninem, z czynów wielkim grzesznikiem, a z powołania bezdomnym pielgrzymem, najniższego stanu, tułającym się z miejsca na miejsce. Majątek mój taki: z tyłu, na ramieniu torba sucharów, a pod pachą Pismo Święte, i to wszystko. W dwudziestym czwartym tygodniu, po Zielonych Świątkach, poszedłem do cerkwi na mszę, aby się pomodlić; czytano Apostoła, z 1 Listu do Tesaloniczan, rozdział 5,17, w którym powiedziano: nieustannie się módlcie. Słowa te szczególnie zapadły mi w pamięć i zacząłem rozmyślać, jak można bezustannie się modlić, skoro przecież każdy człowiek musi zajmować się jeszcze czymś innym, aby utrzymać się przy życiu? Odwołałem się do Biblii i ujrzałem tam na własne oczy to, co usłyszałem – a mianowicie, że trzeba modlić się nieustannie (1 Tes 5,17), modlić się przy każdej sposobności do Ducha (Ef 6,18; Tm 2,8?), wznosić ręce w modlitwie w każdym miejscu. Rozmyślałem wciąż nad tym, lecz nie znalazłem rozwiązania.