Czarnecki: Niemcy to hipisowski kraj, dlatego....
Z okien londyńskiego Centrum Konferencyjnego królowej Elżbiety II widać – na wprost – Westminster Abbey. Cóż, nie mogę ukryć sentymentu, bo choć ten imponujący przybytek kultury (nie tylko przecież religijny) od wieków jest w rękach anglikanów, a nie katolików – to przecież na terenie tegoż Opactwa przyszedłem na świat przeszło pół wieku temu. Gdy wieczorową porą chodzę po posadzkach świątyni, na których wypisana jest historia imperium – poprzez nazwiska wodzów, dyplomatów, mężów stanu tam pochowanych lub tam upamiętnionych – łapię się na uczuciu lekkiej zazdrości. Szczęśliwy to kraj, który dzięki wyspiarskiemu położeniu nie uległ nigdy inwazji, okupacji, rozbiorom. Tutaj nazwiska postaci brytyjskiego życia publicznego sprzed 300 lat widnieją obok szczególnie uhonorowanego miejsca ku czci brytyjskiego Nieznanego Żołnierza z I wojny światowej, którego zwłoki przywieziono z Francji, ale też obok tablicy, na której brytyjski rząd oddaje część… czterokrotnemu prezydentowi USA Franklinowi D