„Opublikowany dziś przez FSB falsyfikat o zbrodni UPA i szykowana antypolska prowokacja to ogniwa jednego łańcucha. Rosja kuje go przeciwko sojuszowi Polski i Ukrainy” — pisze Kniażycki w tekście dla Centrum Europy. Jego zdaniem pytanie nie brzmi, dlaczego Rosja nagle zainteresowała się pamięcią o polskich ofiarach, ale dlaczego robi to właśnie teraz. Odpowiedź jest prosta: Kreml chce rozhuśtać emocje, wciągnąć oba narody w „wojnę o pamięć” i osłabić wsparcie dla Ukrainy.
Manipulacja FSB polega przede wszystkim na podaniu bardzo konkretnych, sensacyjnych liczb, które mają działać na emocje, ale nie są osadzone w wiarygodnej dokumentacji. W bazie IPN dotyczącej zbrodni we Włodzimierzu z grudnia 1943 r. opisano napad UPA na dom, w którym ukrywała się grupa polskich uciekinierów; według tej karty zginęło około 30 osób. Nie odpowiada to rosyjskiej opowieści o 11 księżach i niemal 2 tysiącach ofiar w tym samym miejscu.
Drugim elementem manipulacji jest podszywanie fałszywki pod „archiwalia”. Kreml dobrze wie, że dokument brzmi poważniej niż propaganda, nawet jeśli pochodzi z aparatu państwa, które od lat fałszuje historię na potrzeby wojny. FSB wybiera więc prawdziwą ranę — zbrodnie OUN-UPA na Polakach — i dokleja do niej materiał o wątpliwej wiarygodności. W efekcie prawdziwa pamięć o ofiarach zostaje użyta jako amunicja w rosyjskiej operacji wpływu.
Kniażycki ostrzega, że ten mechanizm nie działa w próżni. „Plan jest prosty: prowokacja przeciwko Polsce albo innemu państwu NATO. Cel — zastraszyć europejskie społeczeństwa, zasiać wewnętrzny opór, by wstrzymać wsparcie dla Ukrainy” — pisze. W tym kontekście przypomina się także ostrzeżenie USA przed możliwą rosyjską prowokacją wymierzoną w Polskę. Szef MSZ Radosław Sikorski mówił wprost do Putina: „Wiemy, co planujesz, nie rób tego”.
Autor nie wybiela ani Ukrainy, ani Polski. Zwraca uwagę, że po obu stronach są środowiska, które chcą wykorzystać historię do bieżącej walki politycznej. „Konflikt na tle historycznym zbudowany jest na manipulacji z obu stron” — ocenia. Jego zdaniem antyukraińscy politycy w Polsce i antypolskie środowiska na Ukrainie zawężają całą historię do najbardziej radykalnych i krwawych epizodów, ignorując złożoność życia politycznego, społecznego i narodowego tamtego czasu.
Najmocniejsze ostrzeżenie Kniażyckiego dotyczy przyszłości. „Rosja świetnie rozumie, że pokonanie Ukrainy na polu walki jest znacznie trudniejsze, niż skłócenie Ukraińców i Polaków” — pisze. Dlatego — jak dodaje — Kreml „systematycznie inwestuje we wzajemny brak zaufania i historyczne spory politycznych awanturników po obu stronach granicy”.
W tym sensie rosyjska fałszywka o Włodzimierzu nie jest sporem archiwistów, ale elementem wojny hybrydowej. Jej celem jest jednocześnie uderzenie w polskie emocje, sprowokowanie ukraińskiej reakcji obronnej, nakręcenie wzajemnych oskarżeń i pokazanie Zachodowi, że sojusz Polski z Ukrainą jest nietrwały. To klasyczna metoda Kremla: wziąć prawdziwy ból, domieszać fałsz, podgrzać gniew i czekać, aż ofiary rosyjskiej agresji zaczną walczyć między sobą.
Dlatego uczciwe badanie zbrodni, ekshumacje i upamiętnienie ofiar są potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Ale równie potrzebna jest odporność na rosyjskie podróbki. Jak pisze Kniażycki: „Historię należy badać uczciwie. Oddawać cześć każdej ofierze. Nazywać zbrodnie zbrodniami. Ale historia nie powinna stawać się instrumentem rujnowania przyszłości”.
Bo dziś Kreml nie walczy o prawdę o Wołyniu. Walczy o to, by Polska i Ukraina przestały być sojusznikami. I właśnie dlatego każda sensacyjna „rewelacja” FSB powinna być traktowana nie jako dokument historyczny, lecz jako potencjalny pocisk w wojnie informacyjnej.
Warto jednak na koniec przypomnieć ukraińskiemu deputowanemu, że rosyjska manipulacja nie wzięła się z próżni. To sam Wołodymyr Zełenski i część ukraińskiego establishmentu ponosi bezpośrednią polityczną odpowiedzialność za ponowne wprowadzenie do obiegu medialnego symboliki związanej z UPA i postaciami obciążonymi odpowiedzialnością za zbrodnie na Polakach. Niezależnie od tego, czy Kijów działał pod wpływem własnych kalkulacji, czy — jak twierdzą krytycy — także pod naciskiem środowisk zachodnich, w tym Berlina, efekt jest oczywisty: Kreml dostał do ręki gotowy materiał propagandowy. Rosja nie musiała wymyślać polskiej wrażliwości historycznej. Wystarczyło, że wykorzystała lekkomyślność, a nawet krótkowzroczność i bezmyślność ukraińskich władz, które w czasie wojny uznały, że można bezkarnie nadawać państwowy prestiż formacjom i nazwiskom kojarzonym w Polsce z ludobójstwem. To właśnie ta bezmyślność, kozacka buta i polityczna głupota otworzyły FSB przestrzeń do kolejnych fałszerstw, prowokacji i rozgrywania pamięci przeciwko sojuszowi Polski i Ukrainy. I żadne kajanie się pojedynczego deputowanego nie przebłaga polskiego społeczeństwa w tym względzie.
