Najpierw była Dykasteria ds. Zakonów. Na początku 2025 roku stery w tym bardzo ważnym urzędzie Kurii Rzymskiej papież Franciszek przekazał w ręce zakonnicy, włoskiej siostry Simony Brambilli. Mógł to zrobić zgodnie z własnymi regulacjami prawnymi: trzy lata wcześniej przeorganizował strukturę rządów w Kurii, decydując, że na czele „ministerstw” – czyli właśnie dykasterii – mogą stać także osoby świeckie, nie tylko kardynałowie albo biskupi. Wprawdzie wcześniej osadził już w takiej roli pana Paolo Ruffiniego, ale powierzył mu Dykasterię ds. Komunikacji – dlatego nie wzbudziło to zbyt dużej sensacji. To przecież logiczne, że świecki zarządza takimi sprawami, uważano.
Z Brambillą było inaczej. Kobieta na czele Dykasterii ds. Zakonów? Zakonnica, która ma dyrygować zakonnikami? Rzecz wydawała się rewolucyjna – i naprawdę taka była. Tymczasem od stycznia 2025 roku zakres żeńskiej władzy w Kurii Rzymskiej cały czas się poszerza.
Pierwszy krok zrobił papież Leon XIV już w maju 2025 roku. Umieścił wówczas kolejną zakonnicę w roli zastępczyni siostry Brambilli, niejako cementując „żeńskie rządy” w tej dykasterii.
Kilka tygodni temu Ojciec Święty ogłosił z kolei, że Dykasterię ds. Komunikacji przejmie świecka kobieta. Schedę po Ruffinim otrzyma pani Maria Montserrat Alvarado.
Pod koniec czerwca kolejna decyzja: siostra Alessandra Smerilli zostanie szefową Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka. Na emeryturę przechodzi kanadyjski kardynał Michael Czerny i stery odda właśnie tej zakonnicy.
„Omne trinum perfectum”, wszystko, co trojakie, doskonałe, powiadają łacinnicy. Może żeńska rewolucja na Watykanie zakończy się na siostrze Smerilli. Wydaje się jednak, że – przynajmniej na jakiś czas – kobiety zagoszczą na decyzyjnych urzędach kurialnych na stałe. Czy będzie ich trzy, czy pięć – obojętnie; sama obecność wydaje się jednak zagwarantowana.
Dlaczego? Cóż, wynika to, jak sądzę, z trzech zasadniczych powodów.
Po pierwsze, przez świat przeszła feministyczna rewolucja. Papieże uważają, że są pod dużą presją społeczną. Dopuszczając kobiety do stanowisk kierowniczych chcą wysłać sygnał, że Watykan jest w jakimś sensie postępowy – że nie zatrzymuje się „na siłę” przy dawnych wzorcach, ale potrafi też korzystać ze zmian społecznych. Czy to sensowna strategia duszpasterska, nie wiem, a nawet śmiem wątpić – ale to papieże podejmują decyzje.
Po drugie, Franciszek i Leon XIV mogą mieć nadzieję, że dopuszczając do władzy kobiety w Kurii Rzymskiej, stworzą nowy model dla całego Kościoła. Dzięki ich przykładowi na analogiczny krok mogliby się decydować biskupi w różnych krajach świata; kobiety stałyby się wówczas normalnym elementem struktur katolickiej władzy – a to miałoby wzmocnić zamierzony efekt duszpasterski.
Po trzecie, nie należy wykluczać… autentycznego przekonania. W XX wieku Kościół katolicki poświęcił kobietom sporo uwagi, na przykład Jan Paweł II w 1988 roku napisał list apostolski „Mulieris dignitatem”. Franciszek często powtarzał, że kobiety mają swój własny geniusz i należy go w Kościele szeroko wykorzystywać. Być może władze Stolicy Apostolskiej doszły do wniosku, że Kościół naprawdę zyska dzięki dopuszczeniu kobiet do władzy. Innymi słowy, mogli uznać, że we współczesnych zmianach społecznych należy czytać głos Ducha Świętego – i władzy kobiet w Kurii Rzymskiej czy diecezjach chce sam Pan Bóg.
Wreszcie, po czwarte, papieże mogą też chcieć rozbroić pewną ideową bombę: pokazując, że kobiety mogą rządzić w Kościele, chcą wytrącić argument z rąk tym, którzy postulują kapłaństwo kobiet. Zwolennicy tego rozwiązania mówią często, że kobiety muszą otrzymywać święcenia, bo są dyskryminowane: właśnie za sprawą odsunięcia od sprawowania władzy. Niejako rozłączając rządy od święceń i dając kolejne stanowiska kobietom, Stolica Apostolska pokazuje, że tak nie jest. W efekcie może mieć nadzieję na osłabienie ruchu na rzecz kapłaństwa kobiet.
Problem tylko w tym, że decyzje papieży to miecz obosieczny. Nie od dziś wiadomo: apetyt rośnie w miarę jedzenia. Sądzę, że dopuszczanie kobiet do najważniejszych stanowisk kierowniczych raczej rozzuchwali ruch na rzecz kapłaństwa kobiet, a nie go poskromi. Skoro panie mogą kierować kluczowymi dykasteriami w Rzymie – to dlaczego nie miałyby kierować niewielką parafią jako kapłanki, zapytają rewolucjoniści.
Obym się mylił. Być może papieska polityka personalna doprowadzi długoterminowo do dobra Kościoła i uspokoi nastroje. Ocenić pozwoli to dopiero historia – a my zobaczymy, jak bardzo sfeminizowane staną się za jakiś czas rządy na Watykanie.
Paweł Chmielewski
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl
