Ktoś może spytać, dlaczego cała RFN emocjonuje się wynikiem elekcji w jednym z 16-tu niemieckich landów? Rzecz w tym, że AfD, partia krytykowana z prawa i lewa jako siła ekstremistyczna i wroga wartościom powojennej Republiki Federalnej, w tym właśnie landzie stoi przed krokiem do zdobycia samodzielnej większości i tym samym obicia władzy po wyborach 6 września 2026 roku. Przeciwnicy AfD pocieszają się, że do dnia elekcji jeszcze ponad 3,5 miesiąca, ale AfD już parę razy wcześniej uzyskało w tych landach wynik 40%. A jak powtarzają politycy Alternatywy, w sondażach zawsze ich partia jest niedoszacowywana. Pod wpływem politycznej poprawności wielu respondentów waha się z wyjawieniem ankieterom swojego wyboru. Na terenach dawnego NRD ta nieufność wobec ankieterów szczególnie w najstarszych rocznikach wzmagana jest jeszcze przez doświadczenia z czasów komunistycznych rządów, kiedy wszelka szczerość mogła się źle skończyć.

 

Tak czy inaczej, jeśli AfD dojdzie do wyniku 45-46%, to będzie mogła utworzyć samodzielny, stabilny rząd. A to będzie pierwszy taki przypadek na skalę całych zjednoczonych Niemiec. Do tego procesu musiało dojść – wskazują niektórzy komentatorzy niemieccy. Skoro AfD była programowo izolowana politycznie przez wszystkie czołowe partie niemieckiego mainstreamu politycznego, to dla AfD pozostawała jedna droga – walka o uzyskanie samodzielnej większości w którymś z landów. I właśnie to marzenie może, choć nie musi, ziścić się w dniu wyborów 6 września 2026 roku. Dlaczego właśnie tu Alternatywie idzie tak dobrze?

 

Być może tajemnica sukcesu tkwi w postaci kandydata na premiera landu z AfD Ulricha Siegmunda. Ten 35-latek potrafi rozhuśtać salę, ale jednocześnie nie daje się przyłapać na niczym, co można byłoby zakwalifikować jako ciągoty szowinistyczne czy neonazistowskie. 

„Musimy to zrobić sami” – tak brzmi jego hasło. „Potrzebujemy 45%  + X” – powtarza do znudzenia na swoich wiecach i wywołuje tym hasłem żywiołowe poparcie.  Siegmund jest deputowanym od 2016 roku, a od 2022 roku wraz z Oliverem Kirchnerem współprzewodniczy frakcji AfD w parlamencie landowym w Saksonii – Anhalt. Jego wyuczony zawód to handlowiec, ale ma też tytuł z psychologii gospodarczej zarządzania. Siegmund wie, że ci, którzy żywią tęsknoty za starą Rzeszą, i tak oddadzą na jego głos, więc stara się pozyskiwać elektorat centrowy. Na pytania jak zareaguje na to, że część obywateli boi się AfD, w pewny siebie sposób odpowiada: „Takie lęki to bzdura. Nie ma powodu, by uczciwy obywatel się bał. Po naszym kraju AfD to nie jest buldożer, który będzie wszystko niszczył”.

W odpowiedzi rywale z CDU, która ma dokładnie o 15% mniej w sondażach (26%) ale i z SPD (7%) i Zielonych (4%) biorą pod lupę problem AFD i biją na alarm, że jest to radykalizm w czystej formie. I tu dochodzimy do pytania o to, co jest radykalizmem, a co normą mieszczącą się w obrębie ładu demokratycznego. Np. takie hasła jak działanie na rzecz deportacji i reemigracji znalazłyby w Polsce dosyć szerokie poparcie. Mniej zachwycają nas nad Wisłą propozycje składane przez lokalnych polityków AfD, aby np. w jednym z saksońskich miast przemianować jedną z ulic na ulicę Rzeszy Niemieckiej. Ale już np. krytykę wobec tradycji architektury modernistycznej Bauhaus, obwiniającą ją o wylansowanie architektury anonimowej i zrywającej z tradycjami niemieckiego budownictwa – przedstawianą jako dowód neonazizmu, można zbyć wzruszeniem ramion. A politycy tradycyjnych partii już głowią się nad tym, co zrobić, jeśli AfD zdobędzie wysoki wynik. Wobec silnego wyniku AfD dałoby się stworzyć rząd alternatywny wobec Afd tylko poprzez wieloczłonową koalicję – cztero albo nawet pięciopodmiotową, do której trzeba byłoby zaprosić postkomunistyczne ugrupowanie Die Linke. A tego CDU starała się dotąd unikać. W wyborach w Sachsen Anhalt wyraźnie też daje się zauważyć, że AfD staje się po prostu wiodącą partią w byłej NRD. Do tej roli aspirowała postkomunistyczna Die Linke, ale jej gorące i bezrefleksyjne poparcie dla masowej emigracji odepchnęło od niej sporą część postenerdowskich wyborców. Do wyborów jeszcze 3,5 miesiąca, ale niespecjalnie widać, by tradycyjne partie miały jakiś pomysł na zepchnięcie w dół AfD w sondażach. A gromkie wezwania arcybiskupa katolickiej diecezji Magdeburg Gerharda Feige niespecjalnie mogą coś zmienić. Bardziej pryncypialni katolicy obruszają się i pytają, dlaczego wcześniej magdeburski biskup nie grzmiał przeciwko partiom promującym aborcję i zmiany obyczajowe w rodzaju legalizacji związków osób tej samej płci. A bardziej lewicowi wyborcy w ogóle lekceważą wezwania hierarchii czy to katolickiej, czy protestanckiej. A uczestnicy wieców Ulricha Siegmunda skandują na wiecach: „Wschodni Niemcy!”, „Wschodni Niemcy!”. Wielu z nich na wiece lidera AfD  przyjeżdża starannie zakonserwowanymi trabantami. Trudno o lepszy dowód że to właśnie AfD zdobyło dusze dawnych „Dederonów”.