Mendel twierdzi wprost, że dla Zełenskiego te historyczne organizacje i konkretne nazwiska nie znaczą praktycznie nic. Ktoś z jego otoczenia podsunął mu pomysły, które zostały sprzedane jako genialny zabieg PR, mający przynieść poklask społeczny. Tak doszło do ponownego pochówku działaczy OUN z honorami oraz nadania jednostce wojskowej tytułu „Bohaterów UPA" — kroków, które były, według Mendel, zupełnie zbędne i powierzchowne.

Efekt był jednak odwrotny od zamierzonego. Decyzje te poważnie nadszarpnęły relacje z Polską, gdzie obie organizacje są mocno kojarzone z ludobójczymi działaniami na Wołyniu. Zamiast wzmocnić wizerunek Ukrainy, dodały jedynie gorzki posmak do i tak już niejednoznacznego obrazu ukraińskiego przywództwa — pisze.

Mendel zaznacza, że zdecydowana większość Ukraińców jest kompletnie obojętna wobec tych historycznych kwestii. Pewne nacjonalistyczne środowiska w zachodniej Ukrainie gloryfikują co prawda Banderę lub Melnyka za opór wobec Sowietów, wygodnie pomijając ich współpracę z nazistami i zbrodnie na Polakach. Nigdy jednak nie staną się one decydującą siłą wyborczą dla Zełenskiego.

Mendel stwierdza na koniec, że Zełenskiemu niemal nie zostało już doradców zdolnych do budowania prawdziwej strategii politycznej. Właśnie dlatego — jej zdaniem — prezydent boi się zakończenia wojny: nie ma nic innego do zaoferowania. Strach i konflikt zbrojny to jedyne narzędzia, którymi wciąż skutecznie utrzymuje się przy władzy.