Wiadomości

Tusk ogłasza sukces z Barracudą, ale… MON musi je najpierw zamówić i znaleźć pieniądze

Donald Tusk pojechał do Bydgoszczy ogłaszać sukces w sprawie pocisków manewrujących Barracuda-500M, ale za politycznym widowiskiem kryje się ważny szczegół: podpisana umowa nie oznacza jeszcze, że Polska ma te pociski ani że produkcja ruszy od razu.

3 min czytania
tusk yt jj.jpg
tusk yt jj.jpg · fot. Fot. Screenshot - YouTube/Janusz Jaskółka

Jak podkreśla „Rzeczpospolita”, do realnego uruchomienia programu potrzebne jest zamówienie ze strony MON, a takiego kontraktu na razie nie ma. Premier chwali się więc perspektywą, nie zaś gotową zdolnością bojową. Trudno nie odnieść wrażenia, że efektowna konferencja miała także przykryć niewygodne pytania o doniesienia dotyczące możliwego przekazania Ukrainie pocisków PAC-3 MSE do systemów Patriot.

Umowa jest, ale pocisków jeszcze nie ma

Polska Grupa Zbrojeniowa, Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 w Bydgoszczy oraz amerykańska firma Anduril Industries podpisały umowę o współpracy dotyczącą uruchomienia w Polsce montażu, a później produkcji autonomicznych pocisków manewrujących Barracuda-500. Kancelaria Premiera podaje, że porozumienie ma wzmocnić polski przemysł zbrojeniowy i współpracę obronną ze Stanami Zjednoczonymi.

Problem w tym, że polityczny komunikat brzmi mocniej niż realny stan sprawy. „Rzeczpospolita” zwraca uwagę, że do produkcji pocisków Barracuda w Polsce dojdzie dopiero wtedy, gdy Ministerstwo Obrony Narodowej je zamówi. Na razie takiej umowy nie ma.

Tusk sprzedaje zapowiedź jako sukces

Donald Tusk mówił w Bydgoszczy, że to „ważny moment dla polskiego przemysłu zbrojeniowego, polskiego bezpieczeństwa oraz współpracy polsko-amerykańskiej”. W oficjalnym komunikacie KPRM podkreślono, że porozumienie zakłada najpierw montaż, a następnie produkcję pocisków Barracuda-500 w Polsce.

Tyle że między „zakłada” a „produkuje” jest dla obecnego rządu przepaść: budżet, zamówienie, harmonogram, linia produkcyjna, transfer technologii i realne dostawy dla wojska. Premier pokazuje więc zdjęcie z podpisania dokumentu, ale nie mówi jasno, kiedy pociski trafią do polskiej armii, ile będą kosztować i z jakich pieniędzy zostaną sfinansowane. W państwie poważnym komunikat o bezpieczeństwie nie powinien być polityczną scenografią.

Kosiniak-Kamysz mówi o 900 km zasięgu

Władysław Kosiniak-Kamysz przekonywał, że chodzi o rozwój produkcji pocisków dalekiego zasięgu. – „To jest rozwój produkcji pocisków dalekiego zasięgu, chodzi o 900 km. Polska jest pierwszym państwem, z którym Anduril podpisuje taką umowę” – mówił szef MON.

Sama technologia może być dla Polski bardzo cenna. Anduril opisuje Barracudę jako rodzinę autonomicznych pojazdów powietrznych projektowanych z myślą o masowej produkcji i użyciu z platform lądowych, powietrznych oraz morskich. W maju firma informowała też o amerykańskiej umowie produkcyjnej dla wersji Surface-Launched Barracuda-500M, wskazując na zasięg ponad 500 mil morskich i ładunek bojowy o masie 100 funtów.

Polska potrzebuje zdolności, nie propagandowych fajerwerków

Produkcja pocisków dalekiego zasięgu w Polsce byłaby bardzo dobrą wiadomością. Takie zdolności są potrzebne, bo państwo frontowe NATO nie może wiecznie opierać bezpieczeństwa wyłącznie na zakupach z zagranicy. Ale poważna polityka obronna wymaga konkretów: zamówienia, finansowania, terminów i jasnej informacji, co dokładnie otrzyma Wojsko Polskie.

Na razie mamy przede wszystkim konferencję, cytaty i polityczną oprawę. Tusk chwali się podpisem pod umową, lecz pomija kluczowy fakt: bez decyzji zakupowej MON i bez pieniędzy Barracuda pozostaje planem, a nie realnym uzbrojeniem polskiej armii. W czasie wojny za wschodnią granicą Polska nie potrzebuje marketingu bezpieczeństwa. Potrzebuje prawdy, przejrzystości i realnych pocisków w magazynach.

 

mp/Rzeczpospolita, PAP, Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej