W centrum sprawy znalazł się Oemis Romagoza Durruthy, pochodzący z Kuby instruktor tańca latynoamerykańskiego, od lat mieszkający w Rosji. Według ustaleń DW Investigations oraz współpracujących z nim europejskich redakcji mężczyzna miał pod pseudonimami „Adrian” i „Dios” rekrutować wykonawców przez media społecznościowe i komunikatory. Śledztwo dziennikarskie wskazuje, że działania obejmowały co najmniej Polskę, Czechy, Rumunię i Litwę.
„Praca jako fotograf”. Tak szukano wykonawców
Metoda rekrutacji była banalnie prosta. Na Telegramie publikowano ogłoszenia wyglądające jak zwyczajne oferty zarobkowe. Jedno z nich, skierowane do osób zainteresowanych pracą w Polsce, brzmiało po prostu:
– „Praca jako fotograf”.
Inne ogłoszenie skierowane do Latynosów było już znacznie bardziej konkretne:
– „Poszukujemy osób z doświadczeniem wojskowym w zakresie monitoringu, wywiadu, logistyki i manewrów taktycznych”.Za udział oferowano około 1500 dolarów oraz dodatkowe premie za wykonane operacje. Według DW werbowano przede wszystkim osoby potrzebujące pieniędzy, często bez wcześniejszych związków z rosyjskimi służbami. Niektórzy wykonawcy mieli nawet nie wiedzieć, dla kogo naprawdę pracu
ją.
To właśnie istota nowego rosyjskiego modelu operacyjnego. „Jednorazowy agent” nie musi znać żadnych tajemnic, przechodzić szkolenia wywiadowczego ani budować wieloletniej legendy. Dostaje konkretne zadanie: zrobić zdjęcia, przeprowadzić obserwację, podpalić obiekt, dostarczyć paczkę albo zarejestrować efekt akcji. Po wykonaniu polecenia może zostać porzucony przez zleceniodawcę.
DW ustaliło, że Romagoza miał zwerbować co najmniej kilkanaście osób. Część z nich została już zatrzymana, a niektórzy zostali skazani za sabotaż lub terroryzm. Sam Kubańczyk jest poszukiwany przez europejskie organy ścigania i prawdopodobnie nadal przebywa w Rosji.
Polska jednym z celów rosyjskiej dywersji
W przypadku Polski ustalenia dziennikarskie nie pojawiają się w próżni. Prokuratura Krajowa oficjalnie informowała już, że pożar centrum handlowego przy Marywilskiej 44 w Warszawie w maju 2024 roku był – według zgromadzonego materiału dowodowego – wynikiem podpalenia dokonanego na zlecenie rosyjskiego wywiadu. Śledczy ustalili również działalność grupy odpowiedzialnej za podpalenia dużych obiektów na terytorium kilku państw UE.
W akcie oskarżenia skierowanym w 2026 roku prokuratura wymieniła m.in. podpalenie sklepu OBI przy ul. Radzymińskiej w Warszawie, sklepu IKEA w Wilnie, pożar Marywilskiej 44 oraz przygotowania do podpalenia IKEA w Rydze. Według śledczych grupa działała na rzecz wywiadu Federacji Rosyjskiej, a celem było nie tylko fizyczne niszczenie obiektów, lecz również zastraszanie ludzi i oddziaływanie na opinię publiczną.
Najnowsze ustalenia pokazują więc, jak tania i zarazem trudna do zwalczania może być współczesna wojna hybrydowa. Moskwa nie musi wysyłać do Warszawy oficera GRU z walizką pełną sprzętu szpiegowskiego. Może znaleźć człowieka w internecie, zapłacić mu kilka tysięcy dolarów i zdalnie wydać polecenie.
To szczególnie niebezpieczne, ponieważ taki model pozwala Rosji zachowywać dystans od bezpośrednich wykonawców, utrudniać śledzenie łańcucha dowodzenia i jednocześnie przeprowadzać wiele stosunkowo prostych operacji.
Wato na koniec dodać, że nie jest to już abstrakcyjna opowieść o „wojnie hybrydowej”. Gdy płoną magazyny, sklepy czy centra handlowe, a śledczy ustalają powiązania sprawców z rosyjskim wywiadem, wojna prowadzona poniżej progu otwartego konfliktu staje się dla Polski bardzo konkretnym zagrożeniem.
Zenon Witkowski
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.