Wiadomości

Marek Formela dla Frondy: Polityczne wzdęcia Tuska i... (KO)lonizacji pomorskich szpitali

Minister J. Sobierańska-Grenda, formalnie bezpartyjna, to krew z krwi (PO)morskiej kultury politycznej. Jej upadek to klęska jej politycznego promotora. Jeśli minister „nie dowiozła”, to co z odpowiedzialnością coacha tej kariery? Co premier Tusk w ogóle wie o skolonizowanym przez jego partię pomorskim lecznictwie?

5 min czytania
Marek Formela
Marek Formela · fot. Screenshot - YouTube/wPolsce24

Radom, lipiec 2022, „Konwencja przyszłości” Platformy Obywatelskiej. Donald Tusk zapowiada przywrócenie elementarnego porządku w Polsce skorodowanej za rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. Ma przy sobie żelazną miotłę, rekwizyt polityk gdańskich niemieckiego zbrodniarza Greisera, i zamierza nią sprzątać działaczy PiS każdej rangi, którzy „zalęgli się w firmach pod polityczną kontrolą (...) stali się milionerami (...) będą szczerzyć zęby w uśmiechu”.

D. Tusk w Radomiu występował na twardo, wygarnął formacji J. Kaczyńskiego, że „istnieje grupa ludzi, którzy naprawdę mają powód do radości i satysfakcji (...) stali się milionerami dzięki niezwykłej sprawności partii politycznej, która w Polsce rządzi i daje swoim aktywistom możliwość zarobienia bardzo dużych pieniędzy, oni drożyzną się nie przejmują”.

Z uniesienia zostało wzdęcie.

Bo, używając języka emigranta z Brukseli, można dziś odnieść wrażenie, że łajał towarzystwo, które „zalęgło się” w firmach pozostających pod polityczną kuratelą pomorskiej nomenklatury władzy. Szef podstawowej organizacji partyjnej w Sopocie, której Tusk jest chlubą, wicemarszałek Marcin Skwierawski nadzoruje za ponad 70 tys. zł gdańskie wodociągi, a Piotr Borawski, lider KO w Gdańsku, skrupulatnie kolekcjonuje udziały w radach nadzorczych.

Modne na Pomorzu jest wspieranie pracą przez polityków PO, czy też KO, skomercjalizowanego szpitalnictwa. Skwierawskiego i Borawskiego na kilka miesięcy połączyła praca w radzie nadzorczej szpitala dziecięcego w Oliwie. Akurat wystarczyło, by wybrać kolegę z PO, Michała Owczarczaka, na wiceprezesa 2-osobowego zarządu. (Koszt dla spółki w 2025 — 753 tys. zł, a strata operacyjna bez dotacji — 2,9 mln zł). To były wicewojewoda pomorski i b. skarbnik partii, mąż szefowej Rady Miasta Gdańska, która to rada z kolei pracę Borawskiego ocenia. Owczarczak dał się poznać opinii publicznej nie tylko jako autor pisanej latami pracy magisterskiej, ale także jako ambitny młody polityk PO, który był jednocześnie przewodniczącym rady pomorskiego oddziału NFZ i członkiem rady klienta NFZ — szpitala o handlowej nazwie Podmiot Leczniczy „Copernicus”. Niezrażony tkwił w tym konflikcie interesów kilka miesięcy. W radzie nadzorczej „Copernicusa” pracuje też była radna PO w Gdańsku, Monika Tomaszewska, i były marszałek pomorski Jan Zarębski.

Opieką nad pracą zarządu szpitala dziecięcego na Polankach zajmuje się obecnie rada, którą kieruje Agnieszka Zabłocka, dyrektor wydziału polityk społecznych urzędu marszałkowskiego, bardzo zaangażowana w pomoc różnym migrantom, o czym pisze obficie i z właściwym entuzjazmem.

Od niedawna w tym trudzie wspiera ją — za 44 560 zł — gdański radny KO, Mateusz Skarbek, syn Jacka Skarbka, prezesa gdańskiej spółki komunalnej i członka rady nadzorczej drugiej spółki komunalnej. Radny, radca prawny M. Skarbek pracuje w spółce komunalnej Gdańskie Autobusy i Tramwaje, która jest we władztwie samorządowym. M. Skarbek współtworzy 1/34 cząstkę jego siły. Nadto pracuje na rzecz spółki, która nabyła historyczny stadion Gedanii i niekoniecznie zechce odtworzyć jego pierwotną symbolikę i urbanistyczny porządek.

Radna Żaneta Geryk, koleżanka z partii Tuska, Borawskiego i wicemarszałka Leszka Bonny, od niedawna dojeżdża do Kościerzyny, by nadzorować pracę zarządu miejscowego szpitala. To nie jest wygodne, ale to nie jest też nieopłacalne — 42 126 zł za 11 miesięcy 2025 roku.

Do Kościerzyny nie jeździ już były szef NFZ za rządów PO, dziś zastępca dyrektora departamentu zdrowia u L. Bonny, dr Tadeusz Jędrzejczyk. Jeździ trochę dalej, do Słupska, tam też jest szpital, który jest spółką, ale nie musi jeździć sam. Od dwóch lat, pół roku po tym, jak został likwidatorem Radia Gdańsk, szpitalnym obrachunkiem w Słupsku zajmuje się Krzysztof Lodziński. To niedoszły radny wojewódzki PO, członek jej krajowego sądu koleżeńskiego, mąż Emilii, koleżanki Borawskiego z zarządu Gdańska i partii chlebodawczyni.

Za politykę zdrowotną w woj. pomorskim odpowiada całkiem słusznie wicemarszałek Leszek Bonna, działacz wielopartyjny, obecnie KO. Uchodził za całkiem niezłego dyrektora szpitala powiatowego w Chojnicach. Przy tym radził sobie też z różnymi przejawami działalności prywatnych spółek medycznych zawiązywanych rodzinnie. Kiedy szpital w Chojnicach ogłosił konkurs na badania rezonansem, spółka „Nobo”, w której żona miała połowę udziałów, zarejestrowała 5 dni wcześniej taką działalność jako NZOS Diagnosta i jako jedyna przystąpiła do konkursu, składając najlepszą ofertę. Dziś w publicznym szpitalu, który cennik Nobo/Diagnosty ładnie dekoruje, jako lekarz podstawowej opieki zdrowotnej pracuje syn Leszka Bonny. Dr Maciej Bonna jest też radnym KO, przewodniczącym rajców miejskich w Chojnicach i sprawozdaje w swoim oświadczeniu majątkowym przychód w ub. roku na poziomie 760 tys. zł, prawie 100 tys. zł więcej niż w 2024. Nic dziwnego, że wicemarszałek Bonna nadzoruje pracę departamentu zdrowia — dyr. Maciej Laszkiewicz, niekiedy prezes szpitala, teraz w radzie nadzorczej „Copernicusa” — który analizuje mapę potrzeb zdrowotnych Pomorza, a jako szef klubu radnych KO w sejmiku zgrabnie łączy władzę uchwałodawczą z wykonawczą.

Ramy tego systemu, na podstawie ustawy o działalności leczniczej — dobytek intelektualny premiera Tuska i minister Kopacz wniesiony na garby chorych — zręcznie opisała ówczesna dyrektor Departamentu Zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Chorych mamiono leczeniem w spółkach organizowanych przez wybitnych menedżerów poddanych kontroli profesjonalnych rad nadzorczych. Zanim dyr. Sobierańska-Grenda została architektem finansów pomorskiej branży medycznej, zbierała doświadczenie w Malborku. Jako młoda absolwentka prawa, jeszcze nie blondynka, została zatrudniona jako kierownik biura rady powiatu. Tej radzie przewodniczył lider malborskiej PO, Mirosław Czapla. Kiedy w 2006 M. Czapla wygrał wybory i został starostą malborskim, zarekomendował swoją kierowniczkę na stanowisko sekretarza powiatu. Fakt, że z jego listy kandydował też, choć bez powodzenia, Marek Grenda, mąż Jolanty, nie mógł starosty krępować. Wnet nowa sekretarz przygotowała przekształcenie szpitala w spółkę, a jej prezesem obrano radnego powiatowego i miejskiego z listy SLD/SDPL/Lewica i Demokraci, Dariusza Kostrzewę. To, co udało się w Malborku, powtórzono na szczeblu wojewódzkim. J. Sobierańska-Grenda i D. Kostrzewa trafili do zarządów dwóch pomorskich koncernów medycznych. W ostatnich 4 latach zarobili po 2 mln złotych.

Dziś kariera „niepolitycznej” minister Sobierańskiej-Grendy, minister z jądra pomorskiej strefy politycznej budowanej różnymi narzędziami przez PO, dobiega końca. Jednak dużo łatwiej zarabiać na stałych kontraktach wypłacanych koncernowi z publicznych składek przez NFZ, niż zbudować system, który dobro pacjenta ubezpieczy lepiej niż kontrakty lekarzy i dobrostan zarządów skomercjalizowanych lecznic.

Donald Tusk chciał posprzątać w Polsce stalową miotłą, wyprowadzać gości z gabinetów, zaprowadzać porządki w trybunałach bez zbędnych ustawowych ceregieli.

A co z Pomorzem?

No i co z obywatelami chorymi?

Wyprowadzenie z gabinetu minister Sobierańskiej-Grendy, osobistego pomysłu premiera, to znak, że czas na uprzątnięcie także jego gabinetu. Wtedy i wzdęcia przejdą...

Marek Formela

Źródło: mp/Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej