Polityka

Dlatego Tusk zwija polską gospodarkę...

Donald Tusk przedstawia swój rząd jako najbardziej proeuropejski gabinet w historii III RP, ale unika debaty o jednym z najważniejszych elementów integracji – wejściu Polski do strefy euro. Były premier i były prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka przekonuje, że rezygnacja ze złotego mogłaby obniżyć stopy procentowe, raty kredytów oraz koszty modernizacji gospodarki. Rządzący nie podejmują jednak tematu w obawie przed reakcją wyborców.

5 min czytania
Marek Belka, Donald Tusk Screenshot - YpuTube via ChatGPT.jpg
Marek Belka, Donald Tusk Screenshot - YpuTube via ChatGPT.jpg

Dyskusja powróciła przy okazji konsultacji Europejskiego Banku Centralnego dotyczących nowej szaty graficznej banknotów euro. Wśród rozważanych motywów znalazły się Maria Skłodowska-Curie oraz bocian. Polska Agencja Prasowa zapytała w związku z tym Marka Belkę o możliwość przyjęcia wspólnej waluty przez Polskę.

Tusk boi się tematu euro jak „gorącego kartofla”

Zdaniem Marka Belki poważna debata o wspólnej walucie właściwie zniknęła z polskiej polityki. Odpowiedzialnością za niechęć społeczeństwa ekonomista obarcza Prawo i Sprawiedliwość.

„Kwestia przyjęcia przez Polskę euro została na tyle obrzydzona przez propagandę PiS, że wszyscy boją się na ten temat cokolwiek powiedzieć” – stwierdził były prezes NBP.

W jego ocenie sprzeciw wobec wspólnej waluty jest związany przede wszystkim z obawą przed dalszym pogłębieniem integracji europejskiej.

„Prawo i Sprawiedliwość sprzeciwia się euro z prostego powodu. Otóż przyjęcie wspólnej waluty wymusi pogłębienie integracji europejskiej” – powiedział Belka. Dodał, że taki kierunek pozostaje sprzeczny z interesami „jawnych i ukrytych zwolenników wyjścia Polski z UE”.

Były premier nie oszczędza jednak także obecnej władzy. Jego zdaniem rząd Donalda Tuska nie próbuje przekonywać społeczeństwa ani przedstawiać rzetelnego bilansu korzyści i kosztów przyjęcia euro.

„Nawet proeuropejski rząd Donalda Tuska traktuje tę kwestię jak gorący kartofel, bojąc się spadku w sondażach” – ocenił.

Belka uważa, że przeprowadzenie referendum byłoby obecnie bardzo ryzykowne. „Przez te 20 lat prawicowa propaganda tak bardzo obrzydziła euro, że 60–70 proc. Polaków sprzeciwia się rezygnacji ze złotego” – powiedział.

„Ludziom wciska się kłamliwe, bzdurne argumenty przeciwko przyjęciu wspólnej waluty, które mi jako ekonomiście trudno jest nawet komentować” – dodał.

Tusk wybiera więc polityczne bezpieczeństwo zamiast rozpoczęcia poważnej debaty o przyszłości polskiej gospodarki. Jeżeli diagnoza Belki jest trafna, ceną tej bierności są wyższe koszty finansowania przedsiębiorstw, inwestycji i kredytów mieszkaniowych. Rząd nie musi natychmiast wprowadzać Polski do strefy euro, ale powinien przynajmniej przedstawić społeczeństwu uczciwe wyliczenia i możliwe scenariusze.

Belka: „To są miliardy wyrzucane do studni”

Były prezes NBP odrzuca popularną tezę, że przyjęcie euro automatycznie doprowadziłoby do gwałtownego wzrostu cen. Twierdzi również, że przeciwnicy wspólnej waluty pomijają koszty utrzymywania własnego pieniądza.

„Nie ma argumentów »przeciw«” – stwierdził stanowczo. Następnie wskazał na rezerwy walutowe i złoto gromadzone przez Narodowy Bank Polski.

„Weźmy te wielkie rezerwy walutowe, te sztaby złota, które obecne kierownictwo NBP gromadzi z taką dumą – przecież to są miliardy wyrzucane do studni” – przekonywał Belka.

Według ekonomisty środki związane z zabezpieczeniem stabilności złotego mogłyby po wejściu do strefy euro zostać przeznaczone na cele rozwojowe. „A przecież to jest koszt utrzymania własnej waluty. Tymczasem gdybyśmy mieli euro, pieniądze te można by wydać na pożyteczne cele” – powiedział.

Belka wskazał również na potencjalny spadek kosztów pieniądza. „Znacznie niższe byłyby stopy procentowe. Obniżyłyby się koszty modernizacji gospodarki, inwestycji. Spadłyby, i to znacznie, koszty kredytów hipotecznych” – wyliczał.

Były premier nie wierzy jednak, że nastawienie społeczne można łatwo zmienić. „Obawiam się, że tylko jakiś potężny kryzys gospodarczy mógłby wpłynąć na zmianę nastawienia Polaków do euro” – przyznał.

Zastrzegł przy tym: „Choć jestem zwolennikiem euro, o taki kryzys oczywiście się nie modlę”. Nie wykluczył jednak pojawienia się nieprzewidywalnego wydarzenia, które całkowicie zmieni debatę.

„Zawsze może nadlecieć jakiś »czarny łabędź«, który w radykalny sposób zmieni poglądy Polaków w tej sprawie” – podsumował Marek Belka.

Dziedzictwo Belki kosztuje Polaków miliardy. Euro wzmacnia przede wszystkim Niemcy

Marek Belka przekonuje, że utrzymywanie własnej waluty jest dla Polski kosztowne. W tej argumentacji pomija jednak skutki rozwiązań wprowadzonych w czasie, gdy odpowiadał za finanse państwa. Najbardziej trwałym pozostaje podatek od dochodów kapitałowych, nazywany do dziś „podatkiem Belki”. Danina została wprowadzona w 2002 roku, kiedy Belka kierował Ministerstwem Finansów. Początkowo wynosiła 20 proc. i obejmowała odsetki od lokat oraz depozytów, a następnie została przekształcona w obowiązujący do dziś 19-procentowy podatek od zysków kapitałowych.

Mechanizm ten ogranicza korzyści z długoterminowego oszczędzania. Przyjmijmy, że Polak odkłada 100 tys. zł na 20 lat, uzyskując średnio 6 proc. rocznie. Bez podatku zgromadziłby około 320,7 tys. zł. Po corocznym potrącaniu 19 proc. od wypracowanego dochodu pozostałoby mu około 258,3 tys. zł. Różnica wynosi ponad 62,3 tys. zł. Przy trzydziestoletnim oszczędzaniu wzrosłaby już do około 159,1 tys. zł. Jest to cena nie tylko samej daniny, lecz także utraconych zysków, których opodatkowane pieniądze nie mogą wypracować w kolejnych latach.

Belka przedstawia również rezygnację ze złotego jako sposób na obniżenie kosztów kredytu i inwestycji. Taka narracja pomija cenę utraty samodzielnej polityki pieniężnej, własnych stóp procentowych oraz kursu walutowego amortyzującego zewnętrzne kryzysy. Polska gospodarka zostałaby podporządkowana decyzjom Europejskiego Banku Centralnego, podejmowanym dla całej strefy euro, a więc przede wszystkim z uwzględnieniem potrzeb jej największych gospodarek.

Trudno nie zauważyć, że największym beneficjentem wspólnej waluty pozostają Niemcy. Według wyliczeń niemieckiego Centrum Polityki Europejskiej gospodarka RFN miała w latach 1999–2017 zyskać dzięki euro prawie 1,9 bln euro, czyli około 23 tys. euro na mieszkańca. Daje to przeciętnie niemal 100 mld euro korzyści rocznie. Inne opracowanie Fundacji Bertelsmanna szacowało niemieckie korzyści w pierwszych kilkunastu latach funkcjonowania euro na około 1,2 bln euro.

Wspólna waluta likwiduje możliwość umacniania się narodowego pieniądza Niemiec proporcjonalnie do potęgi ich eksportu. Gdyby RFN nadal posługiwała się marką, silna nadwyżka handlowa prawdopodobnie prowadziłaby do jej aprecjacji, podnosząc ceny niemieckich produktów za granicą. Euro pozwala utrzymać kurs korzystniejszy dla niemieckich eksporterów, podczas gdy słabsze gospodarki nie mogą już poprawiać konkurencyjności przez dewaluację własnej waluty.

Tak więc euro jest instrumentem służącym przede wszystkim gospodarce i interesom Niemiec. Nie oznacza to, że żadne inne państwo nie odnosi z niego korzyści, ale ich podział jest głęboko nierówny. Nawet Europejski Bank Centralny przyznaje, że wspólna waluta usuwa koszty wymiany i ryzyko kursowe oraz zwiększa handel, ale jednocześnie pozbawia państwa własnego mechanizmu reagowania na kryzysy. Dla Polski przyjęcie euro oznaczałoby więc oddanie jednego z najważniejszych narzędzi suwerenności gospodarczej w zamian za korzyści, których skala pozostaje niepewna.

Źródło: mp/PAP, WNP.pl, Money.pl, Fronda.pl

Komentarze

0 komentarzy

Dodawanie komentarzy wymaga zalogowania.

Polecane

Czytaj dalej