Jeśli bowiem narzędzie uruchamia się niemal wyłącznie w najbardziej oczywistych przypadkach, trudno mówić o realnej odpowiedzi państwa na dramat rodzin, które szukają dzieci w pierwszych, decydujących godzinach po zaginięciu. Jak przypomina oficjalny portal Child Alert, system służy „natychmiastowemu rozpowszechnianiu wizerunku zaginionego dziecka” przez media i ma przyspieszać poszukiwania.
Tak brzmi teoria, a jak to wygląda w praktyce?
Sprawę na nowo opisała „Interwencja” Polsatu. Program przypomniał porwanie 10-letniej Mai spod Szczecina w 2015 roku. Wtedy Child Alert uruchomiono po raz pierwszy w Polsce, a komunikat trafił do mediów. Do policji napłynęły setki informacji, jedna z nich pomogła namierzyć porywacza już na terenie Niemiec. Dziewczynka została odnaleziona cała i zdrowa.
Ten przykład pokazuje, że system potrafi działać.
Problem w tym, że działa skandalicznie rzadko. Według samej Policji od wdrożenia Child Alert w Polsce w 2013 roku uruchomiono go tylko siedem razy, choć każde uruchomienie przynosiło setki zgłoszeń od obywateli. Komenda Główna Policji podkreśla „100% skuteczność” systemu, ale nie odpowiada to na najważniejsze pytanie: ilu dzieciom nie dano podobnej szansy, bo procedura okazała się zbyt wąska?
Największe kontrowersje dotyczą obecnych kryteriów. Na stronie ChildAlert.pl czytamy, że wszystkie warunki muszą być spełnione łącznie, a jednym z nich jest podejrzenie, że dziecko zostało uprowadzone i że jego życie oraz zdrowie są zagrożone. Wcześniejsze policyjne kryteria, opisane w archiwalnej informacji Policji, mówiły szerzej: alert mógł być uruchomiony, gdy istniało podejrzenie, że małoletni jest ofiarą przestępstwa pozbawienia wolności albo jego życie lub zdrowie jest bezpośrednio zagrożone.
To nie jest techniczny szczegół. To różnica między narzędziem alarmowym a procedurą, która może nie objąć dziecka w dramatycznej sytuacji, jeśli nie da się od razu wykazać porwania. Ojciec zaginionego Krzysztofa Dymińskiego mówił w „Interwencji”, że w ich sprawie Child Alert „nie obowiązywał”, bo — jak usłyszała rodzina — chłopcu „nie przysługiwał”. Krzysztof miał 16 lat, wyszedł z domu w maju 2023 roku, a jego telefon po raz ostatni logował się przy Moście Gdańskim w Warszawie.
Kryminolog prof. Ewa Gruza oceniła w materiale Polsatu, że tak ograniczony Child Alert będzie „praktycznie niestosowalny”. Jej zdaniem problemem jest także to, że policja sama tworzy wewnętrzne reguły, sama prowadzi poszukiwania, sama się nadzoruje i sama kontroluje, co utrudnia wykazywanie ewentualnych nadużyć.
To mocny zarzut, ale trudno go lekceważyć. Państwo nie może zasłaniać się procedurami wtedy, gdy rodzina szuka dziecka, a czas działa na niekorzyść zaginionego.
Reklamy, kampanie informacyjne i partnerstwa z operatorami komórkowymi nie zastąpią decyzji podejmowanych szybko, odważnie i z myślą o życiu dziecka, nie o urzędowym komforcie funkcjonariuszy. Child Alert nie powinien być policyjną wizytówką używaną raz na kilka lat, lecz realnym narzędziem alarmowym.
Czy zatem stworzono mechanizm, który ma być w 100 procentach skuteczny, żeby właśnie tą skutecznością się chwalić? Ogromna szkoda, że dobro porwanych lub zaginionych dzieci nie zmieściło się do tych wyidealizowanych policyjnych statystyk.
mp/Polsat News, ChildAlert.pl, Fronda.pl
Komentarze
0 komentarzyDodawanie komentarzy wymaga zalogowania.