Tak zwany proces pokojowy wokół wojny na Ukrainie trwał w zasadzie od pierwszych dni prezydentury Donalda Trumpa. Prezydent USA uczynił „pokój na Ukrainie w 24 godziny” jednym ze swoich haseł wyborczych. Miał to być pokaz siły i pragmatyzmu polityki nowej administracji, która nie wyrzuca pieniędzy na wsparcie obcych armii, nie przedłuża konfliktów, lecz je kończy.

Założenia Donalda Trumpa wobec Moskwy okazały się jednak zbyt pragmatyczne i racjonalne. Prezydent USA założył, że skoro Rosjanie posuwają się na froncie tak powoli, skoro rosną ich problemy gospodarcze, a straty ludzkie szybują w górę, to kontynuowanie wojny nie ma dla Rosji sensu. Wystarczy więc zaproponować Rosjanom rozejm na dobrych warunkach i nowy „deal” jest gwarantowany. No a Ukraińcy podpiszą każde porozumienie, dlatego że są absolutnie zależni od USA.

Rzeczywistość zaskoczyła nową administrację USA. Kreml dobrze rozpoznał intencje Amerykanów i rozpoczął grę na zwłokę. Rosjanie wabili amerykańskich negocjatorów perspektywą wielkiego interesu, dostępem do rosyjskich surowców, pośrednictwem USA w handlu rosyjskimi zasobami naturalnymi z Europą, w zamian domagając się akceptacji Waszyngtonu dla rosyjskiej strefy wpływów w Europie Wschodniej i przymuszenia Ukrainy do pokoju na rosyjskich warunkach.

Problem jednak polegał na tym, że USA traktowały tę sytuację zupełnie inaczej. Z amerykańskiego punktu widzenia to Rosja była w trudnym położeniu, a oferta polegająca na zawieszeniu broni, zaakceptowaniu rosyjskiej kontroli nad okupowanymi terenami, neutralności Ukrainy i powrocie do „business as usual” z Zachodem to były najlepsze warunki, o jakich Rosja mogłaby tylko marzyć.

Z drugiej zaś strony systematyczne zmniejszanie skali wsparcia dla Ukrainy doprowadziło – zamiast do upadku i osłabienia tego kraju – do utraty przez Stany wpływów na Kijów w trakcie negocjacji. Przy aktywnej postawie państw europejskich, które zwiększyły swoje wsparcie finansowe dla Ukrainy, kraj ten przetrwał trudny 2025 rok, wzmocnił swoją własną produkcję zbrojeniową, przeprowadził reformy w armii i w 5. roku wojny, pozbawiony w większości uzbrojenia z USA, stoi na nogach pewniej, niż miało to miejsce w czwartym roku, czyli w 2025.

I w takim oto stanie USA utknęły w błędnym kole, w którym za każdym razem Rosja składa ofertę, której celem jest przede wszystkim obrócenie Waszyngtonu przeciwko Ukraińcom. Amerykanie, nie będąc w stanie i nie mając ochoty naciskać na Kreml, zaczynają przymuszać do „pokoju” Kijów. Ten zaś nie ulega naciskom i składa własną ofertę, której celem jest odwrócenie sytuacji i zwrócenie gniewu Amerykanów na Rosję.

Ukraińcy nie są gotowi kapitulować na rosyjskich warunkach, a Rosja nie jest gotowa do kompromisu i zawieszenia broni z zachowaniem status quo. Dlatego jedynym celem tej gry, w każdym z jej cykli, było udowodnienie Amerykanom, że to „nie my”, tylko tamta, przeciwna strona jest winna niepowodzenia. To nasi przeciwnicy, a nie my, winni są temu, że Donald Trump nie może dostać Nagrody Nobla.

I w ten oto sposób ta gra toczyła się przez większą część 2025 roku. Rosjanie próbowali najróżniejszych manewrów, proponowali różne formaty, zastawiali na Kijów różne pułapki, zmieniali negocjatorów, ale same rozmowy w żaden sposób nie zbliżały ich do kompromisu. Zasadnicza pozycja rosyjska w tych negocjacjach nie zmieniła się wcale – nie tylko od początku 2025 roku, ale nawet od początku inwazji.

Rosja nadal bezdyskusyjnie domaga się całego Donbasu, ale również sugeruje, że neutralny status Ukrainy, status języka rosyjskiego i cerkwi moskiewskiej na Ukrainie, rozmiar i format Sił Zbrojnych Ukrainy oraz inne kluczowe kwestie – to wszystko musi być częścią porozumienia. Mało tego, Moskwa odrzuca zawieszenie broni i wymaga prowadzenia negocjacji w trakcie toczących się walk, aż do momentu zawarcia wielkiego porozumienia pokojowego.

W roku 2026 Stany Zjednoczone same uwikłały się w szereg konfliktów, przede wszystkim w wojnę z Iranem, z której do teraz nie wiedzą, jak wyjść, dlatego Waszyngton w naturalny sposób utracił zainteresowanie wojną na Ukrainie. Administracja Trumpa nigdy nie miała zasadniczej ochoty, by zbyt mocno naciskać na Moskwę, nie miała też zresztą zbyt wielu narzędzi do tego typu nacisków.

No a wojna z Iranem, która spowodowała kryzys energetyczny, doprowadziła do częściowego osłabienia nacisku sankcyjnego na Rosję ze strony szeregu państw zachodnich, łącznie z USA. Lista tych państw może z czasem się rozszerzyć w miarę tego, jak będzie się pogłębiał kryzys.

W stosunku do Ukrainy Stany Zjednoczone straciły lewar wpływu w miarę tego, jak zmniejszały stopniowo zakres wsparcia dla tego państwa, czym zmusiły Ukraińców do zainwestowania we własny przemysł zbrojeniowy. Poza tym, wbrew narracji Waszyngtonu, który starał się po prostu ignorować Europę, nie uwzględniając w żaden sposób jej interesów podczas rozmów, Ukraina miała możliwość twardo stać na nogach w 2025 roku przede wszystkim dzięki zwiększeniu wsparcia ze strony państw europejskich.

Co oznacza, że w praktyce Europa jest w tej chwili jednym z kluczowych czynników, które wyznaczają to, w jakim kierunku podąża wojna na Ukrainie.

Wyjście Stanów Zjednoczonych z negocjacji jest więc naturalnym zakończeniem tej długiej historii. Bez względu na to, czym zakończy się wojna na Ukrainie, sam tzw. proces pokojowy 2025 roku jest demonstracją tego, jak zmienił się świat. Stany Zjednoczone już nie są światowym policjantem, nie mają ani zasobów, ani chęci, by aktywnie wpływać na przebieg wojen na innych kontynentach.

A kiedy biorą udział w rozmowach pokojowych, nie kształtują ich przebiegu, jak to było niegdyś, tylko występują jako bezstronny pośrednik, który zresztą odstępuje od swojej roli i wycofuje się z rozmów, dając możliwość działom rozstrzygnąć spór, gdy tylko widzi, że negocjacje do niczego nie prowadzą.

Mikołaj Susujew