Decyzja papieża Leona została przez główne media przyjęta z entuzjazmem. Wydaje się, że Kościół katolicki idzie z duchem czasu - powoli, ale nieubłaganie. W rzeczywistości świeckiej kobiety od dawna mogą piastować najważniejsze urzędy. W Kościele katolickim było to dotychczas niemożliwe, jako że władzę wiązano dość ściśle z sakramentem święceń. To zaczęło się zmieniać po II Soborze Watykańskim - najpierw na poziomie parafialnym i diecezjalnym, później również wyżej. Przełomu dokonał Franciszek w 2022 roku. Opublikował wówczas konstytucję apostolską „Praedicate evangelium”, która zmieniła zasady funkcjonowania Kurii Rzymskiej. Papież pozwolił, by kierownicze urzędy obejmowali świeccy. Decyzja Franciszka była krytykowana między innymi przez kardynała Gerharda Müllera, który wskazywał, że związek między święceniami a władzą w Kościele jest zbyt silny, by tak łatwo go rozrywać. Papież stwierdził jednak, że władza w Kurii Rzymskiej pochodzi co do zasady od niego - i może delegować sprawowanie urzędów, komu chce, także osobom bez święceń kapłańskich. O sprawie kardynałowie rozmawiali jeszcze przed konklawe w 2025 roku. Decyzja Leona XIV o powierzeniu Dykasterii ds. Komunikacji pani Montserrat Alvarado wskazuje, że Ojciec Święty nie zamierza brać pod uwagę głosów krytycznych. „Praedicate evangelium” zostaje.

Ktoś mógłby wzruszyć ramionami: cóż w tym wszystkim jest w ogóle ciekawego? Skoro kobieta może być premierem Wielkiej Brytanii albo kanclerzem Niemiec, to może też chyba kierować jakąś watykańską dykasterią; a zresztą równość kobiet i mężczyzn to rzecz dla wszystkich oczywista i to co najmniej od kilkudziesięciu lat.

Sytuacja w Kościele katolickim nie jest jednak taka prosta. Kościół katolicki przez długie dziesięciolecia bardzo nieufnie odnosił się do rewolucji feministycznej. Kobietom przypisywano w pierwszej mierze rolę macierzyńską. To dość oczywiste: rewolucja feministyczna nie byłaby możliwa na taką skalę, gdyby nie antykoncepcja i aborcja. Kobiety stały się „wyzwolone”, bo zaczęły w łatwy sposób kontrolować swoją płodność. Kościół katolicki potępia rozpowszechnione metody tej kontroli – zarówno antykoncepcję, jak i jeszcze bardziej aborcję. Stąd relacja między Kościołem a istotą ruchu feministycznego ma poważny zgrzyt w punkcie wyjścia. Jest przecież oczywiste, że choć możliwe są przykłady udanej kariery zawodowej połączonej z rolą matki wielodzietnej rodziny, będą to przykłady rzadkie. W skali masowej konieczna jest decyzja: albo kariera, albo macierzyństwo. Kościół katolicki był dotąd jednym z ostatnich bastionów głoszenia prymatu macierzyństwa. Można powiedzieć, że ta postawa jest teraz odkładana na bok. Owszem, macierzyństwo jest doceniane, ale nie głosi się już jego prymarnej roli. Kobieta nie jest definiowana przez bycie matką; jest definiowana przez własne wybory.

Leon XIV działa zgodnie z pryncypiami Franciszka, ale w praktyce idzie jeszcze dalej. Ostatecznie papież z Argentyny dał wysokie stanowisko siostrze zakonnej. W sprawowaniu władzy przez zakonnice nie ma nic dziwnego. Historycznie to dość normalne, a poza tym – zgodne z tradycyjnym ujęciem kobiecości. W końcu zakonnica poprzez złożone śluby rezygnuje z macierzyństwa. Zyskuje zatem sposobność, by poświęcić się innej służbie. Nie ma tutaj konfliktu. W przypadku Leona, chodzi o oddanie ważnego urzędu kierowniczego w ręce świeckiej. Nie wiem, czy pani Montserrat Alvarado ma dzieci, czy nie. Nie chodzi o jej osobę; chodzi o zasadę. W przypadku świeckiej, która nie zobowiązała się do życia w czystości, konflikt pomiędzy karierą a macierzyństwem jest z konieczności obecny (potencjalnie albo faktycznie). To przenosi problem na nowy poziom.

Kościół katolicki nie głosił nigdy rewolucji społecznych. Papieże doszli najwyraźniej do wniosku, że nowy sposób funkcjonowania kobiet w świecie jest faktem – i nie należy z tym faktem nadmiernie polemizować; lepiej go zaakceptować. Cóż, to decyzja Stolicy Apostolskiej – trwanie przy zasadach wynikających z porządku naturalnego niejako ustąpiło pogodzeniu się ze społeczną rzeczywistością.

Ciekaw jestem, jak ta sytuacja wpłynie na dyskusję o kapłaństwie kobiet. Że nie wpłynie, nie mam co do tego wątpliwości. Czy i tu w perspektywie kilku dekad czeka nas zmiana?