Afera w Szpitalu Południowym wstrząsnęła całą Polską. Najwyraźniej jednak nie wstrząsnęła władzami Koalicji Obywatelskiej. Dawid Kacprzyk, lekarz i radny, który zarobił gigantyczne pieniądze bez specjalizacji i miał dopuszczać się przerażających zaniedbań, został wyrzucony z pracy i zrezygnował z członkostwa w partii. Na tym jednak „porządki” się skońćzyły. Z rozmów PAP z politykami KO wynika, że nie należy spodziewać się w najbliższym czasie szerszych rozliczeń w warszawskich strukturach partii.
- „Trwa postępowanie prokuratorskie i kontrola w szpitalu, są tam wszystkie możliwe kontrole, czekamy na ich ustalenia. Na razie więc żadne inne ruchy nie mają sensu, bo najpierw trzeba ustalić, co tam się wydarzyło i kto jest winny oraz czy ktoś jest winny oprócz rady nadzorczej i zarządu szpitala”
- powiedziała rzeczniczka klubu KO Dorota Łoboda, sama będąca parlamentarzystką z Warszawy.
- „Przede wszystkim zostały wyciągnięte konsekwencje od zarządzających szpitalem i to bardzo dobrze, że ten efekt był bardzo szybki. Pan Kacprzyk nie jest członkiem KO, nie jest radnym KO i nie pracuje już w szpitalu. To pokazuje, że bardzo poważnie do tego tematu podeszliśmy i wszelkie konsekwencje zostały wyciągnięte”
- dodaje z kolei poseł Adrian Witczak.
Powodów do wyciągania konsekwencji wobec partyjnych struktur nie widzi też senator Tomasz Grodzki.
- „Pan doktor Kacprzyk został wyrzucony z KO, zrzekł się funkcji radnego dzielnicy Ursus i jego wszelkie funkcje w KO zostały skasowane. Uważam więc, że w tym wypadku struktura zareagowała bardzo zdecydowanie. Przypomnę, że rzecz dotyczy jego działalności zawodowej jako lekarza, a nie partyjnej. Nie widzę więc przesłanek, by wyciągać jakieś konsekwencje wobec struktur partyjnych”
- stwierdził.
Tyle oficjalne wypowiedzi prominentnych polityków Koalicji Obywatelskiej. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda jednak w anonimowych relacjach działaczy. Tutaj kreuje się obraz warszawskich struktur jako stajni Augiasza.
- „Wkurzenie jest nie tylko z powodu afery z Kacprzykiem. Nierozliczona została sprawa Collegium Humanum, gdzie wątpliwe dyplomy MBA dostawali nie tylko burmistrzowie dzielnic, ale i niektórzy warszawscy działacze KO, którzy są posłami i wiceministrami. Tymczasem nikomu włos z głowy nie spadł z tego powodu”
- zauważa jedno ze źródeł PAP.
Zaznacza jednak, że nikt oficjalnie nie będzie domagał się rozwiązania struktur.
- „Ludzie się boją, bo członkowie ich rodzin pracują w różnych miejskich instytucjach”
- wyjaśnił.
Wielu działaczy winę za ten stan rzeczy widzi w zarządzającym warszawskimi strukturami Marcinie Kierwińskim. Dlatego pewne nadzieje wiążą oni z działaniami na rzecz referendum ws. odwołania Rafała Trzaskowskiego. Jak wskazują, raczej niemożliwe jest, by prezydent stolicy został w takim referendum odwołany. Jeżeli jednak uzyskałby stosunkowo słaby wynik, to pojawiłby się pretekst, by rozwiązać warszawskie struktury i powołać zarząd komisaryczny. Innego pomysłu na posprzątanie tej stajni Augiasza działacze nie mają.
