Dobro i ,,dobro'', czyli katolickie małżeństwo a NPR
Pozwolę sobie zacząć od czegoś w rodzaju anegdoty. Zdarzyło mi się kiedyś prowadzić przez jeden semestr ćwiczenia z historii filozofii starożytnej i średniowiecznej. W trakcie omawiania fragmentu Boecjuszowego De consolatione philosophiae natrafiłem (a w zasadzie lepiej powiedzieć: natrafiliśmy) ze studentami na problem. Chodziło o rozumienie dobra w kontekście wywodu Boecjusza na temat realności siły ludzi dobrych wobec iluzoryczności mocy ludzi złych. Oczywiście wobec doświadczenia, które wydaje się pokazywać coś zgoła odwrotnego. Moi współhermeneuci mieli problem z fundamentalną dla omawianej myśli koncepcją obiektywności dobra i swobodnym przemieszczaniem się toku rozumowania pomiędzy płaszczyzną ontologiczną, epistemologiczną i etyczną. Problem wynikał przede wszystkim z tego, że do adekwatnego zrozumienia założeń myśli Boecjusza nie dało się zastosować koncepcji dobra rozumianego przez pryzmat kryterium: „dla mnie”, a co za tym idzie, również wytrycha: „to zależy”. Dla ludzi przy