Jak twierdzi kobieta w rozmowie z mediami, mimo nasilających się objawów przez kilka godzin nie zbadał jej ginekolog. Gdy specjalistyczna pomoc wreszcie nadeszła, okazało się, że doszło do pęknięcia macicy i rozległego krwotoku wewnętrznego. Życie pacjentki uratowano. Jej dziecka – nie.
Kobieta opisała swoje doświadczenia w rozmowie z Onetem. Z jej relacji wynika, że na oddziale sygnalizowała coraz silniejszy ból i pogarszające się samopoczucie, jednak przez długi czas nie doczekała się badania ginekologicznego.
„Dziecka nie odzyskam”
– „Czekałam z umierającym dzieckiem w brzuchu kompletnie sama. Gdy mówiłam, że boli mnie przeraźliwie, nikt nie reagował” – relacjonowała.
Według pacjentki w dokumentacji medycznej jej stan został określony jako „dobry”, choć sama miała być w tak złym stanie, że nie była w stanie normalnie poruszać się po oddziale.
Dopiero późniejsze badanie ginekologiczne wykazało niepokojąco niskie tętno dziecka oraz dużą ilość płynu w jamie brzusznej. W trakcie operacji lekarze potwierdzili pęknięcie macicy i masywny krwotok. Kobieta straciła około trzech litrów krwi.
Lekarzom udało się uratować jej życie oraz narząd rodny. Córka pacjentki, Michalina, została wydobyta podczas zabiegu. Pomimo około dwóch godzin reanimacji dziewczynki nie udało się ocalić.
Kobieta zaznacza, że po operacji spotkała się na oddziale ginekologicznym z dużym wsparciem personelu. Nie zmienia to jednak jej oceny tego, co wydarzyło się wcześniej. Zapowiada zwrócenie się do Rzecznika Praw Pacjenta i rozważa zawiadomienie prokuratury.
– „Wiem, że nic już nie wywalczę, dziecka nie odzyskam, ale mam niezgodę na to, jak traktowane są kobiety ciężarne w szpitalach” – powiedziała.
Sprawa może więc mieć dalszy ciąg. Kluczowe będzie ustalenie, czy reakcja personelu SOR była adekwatna do zgłaszanych przez pacjentkę objawów oraz czy wcześniejsza interwencja ginekologiczna mogła wpłynąć na przebieg tragedii.