Na początku lat 90., wraz z końcem PRL, nowe, już postsolidarnościowe rządy otrzymały w spadku po radach ministrów z czasów PRL nadzór nad tworem o nazwie Komitet do spraw Radiofonii i Telewizji „Polskie Radio i Telewizja”.
W realiach Polski Ludowej szef Komitetu miał status członka rządu, czyli kogoś w rodzaju ministra. Tak mechaniczne kontrolowanie mediów publicznych, wraz z aspirowaniem Polski do standardów zachodnich, zaczęło być kłopotliwe. Nic więc dziwnego, że 29 grudnia 1992 roku sejm przyjął ustawę o Radiofonii i Telewizji. Zakładała ona, że powołana zostanie Krajowa Rada ds. Radiofonii i Telewizji. Jej członkowie mieli być wybierani w liczbie 9 członków, z których część miał wskazywać prezydent RP, część sejm, a część senat. Po dość skomplikowanym procesie wyłaniania członków nowego gremium w radzie zasiedli: z ramienia prezydenta – Marek Markiewicz (przewodniczący), Maciej Iłowiecki, Ryszard Bender, a potem, po odwołaniu Marka Markiewicza – gen. Henryk Andracki. Z ramienia sejmu do nowej Rady trafili: Marek Siwiec z SLD, Andrzej Zarembski z Kongresu Liberalno-Demokratycznego (ówczesnej partii Donalda Tuska), Bolesław Sulik wskazany przez Unię Demokratyczną i Lech Dymarski – kandydat ugrupowań prawicy. Kandydatem senatu był Jan Szafraniec, który reprezentował środowiska katolickie zbliżone do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, oraz Ryszard Miazek z PSL.
Kandydaci wyłonieni przez Wałęsę stanowili ciekawą mozaikę reprezentującą rozmaite grupy interesu, które chciał zjednać dla siebie Lech Wałęsa. Ryszard Bender, wieloletni profesor KUL w Lublinie, był ukłonem dla środowisk katolickich i – w szerszym planie – mężem zaufania polskiego Kościoła. Marek Markiewicz prezentował z kolei te kręgi dawnej Solidarności, które mocno zaangażowały się w kampanię prezydencką Wałęsy w 1990 roku. Maciej Iłowiecki był z kolei typem intelektualisty mającym zyskać poparcie środowisk twórczych, które w stanie wojennym wspierały podziemną Solidarność. Z zupełnie innego świata wywodził się gen. Henryk Andracki, były PRL-owski wyższy oficer wojsk łączności, który w opinii Wałęsy miał być fachowcem znającym się na ładzie w eterze. Andrackiego prześladowały pogłoski, według których w latach stanu wojennego miał pomagać Służbie Bezpieczeństwa w namierzaniu podziemnych stacji Solidarności. Wtedy jednak, w 1993 roku, takie niedobre konotacje bynajmniej nie blokowały karier w III RP. Wałęsa, jako zwierzchnik sił zbrojnych, bardzo intensywnie kokietował środowiska starej, peerelowskiej generalicji.
Krajowa Rada od samego początku swojego działania stała się polem ścierania się najprzeróżniejszych interesów. Sam Wałęsa patrzył na ówczesne media pod względem czysto utylitarnym. Jego ideałem miała być telewizja, która – niczym w epoce Edwarda Gierka – miała wysławiać i reprezentować osiągnięcia głowy państwa. Równocześnie Wałęsa, a szczególnie szef jego gabinetu, Mieczysław Wachowski, wspierali rozmaite grupy biznesowe w sposób, który był zarówno niezwykle skomplikowany, jak i często próbował godzić zupełnie rozbieżne zamierzenia biznesowe różnych graczy. W podobne gry zaangażowana była trójka nominatów sejmowych: postkomunista Marek Siwiec, mąż zaufania Donalda Tuska Andrzej Zarembski i przedstawiciel środowiska „gazetowo-wyborczego” Bolesław Sulik.
Na tym tle prof. Bender szybko okazał się bardzo sprawnym graczem. Potrafił zyskać sobie życzliwość Lecha Wałęsy, a jednocześnie – z lat nauczania na Wydziale Historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – wyniósł wprawę w ogrywaniu komunistów.
To Ryszard Bender pierwszy zauważył talent medialny ojca Tadeusza Rydzyka i słusznie uznał, że jest to inicjatywa, którą należy wspierać na wszystkie sposoby. Wtedy, na początku lat 90., nie było to jeszcze wcale takie oczywiste. Część biskupów wiązała większe nadzieje w tamtym czasie z rozgłośniami diecezjalnymi, które powstawały jak grzyby po deszczu po zalegalizowaniu ich działalności w ramach umowy regulującej relacje państwo–Kościół z kwietnia 1989 roku.
Ryszard Bender bardzo sprawnie walczył o poszerzanie pola częstotliwości dla toruńskiej rozgłośni. Pierwsza koncesja dla ojca Rydzyka obejmowała tylko teren Torunia i okolic. W ciągu kolejnych lat Ryszard Bender wywalczył dla Radia Maryja pasma obejmujące pod koniec jego kadencji prawie 40% kraju. Co ciekawe, postkomuniści, których reprezentował Marek Siwiec, początkowo nie zorientowali się, jaką siłę może reprezentować Radio Maryja. Zgadzali się na koncesję dla Torunia, uznając tę rozgłośnię za „mniejsze zło” w porównaniu z nastawionymi na młodego odbiorcę, stosunkowo nowoczesnymi – jak na kościelne standardy – najgłośniejszymi rozgłośniami diecezjalnymi, takimi jak np. Radio Plus w Gdańsku.
Kadencja Ryszarda Bendera zakończyła się 10 maja 1995 roku, po ponad dwóch latach, ale walkę o stworzenie jak najszerszej gamy częstotliwości dla radia ojca Rydzyka przejął kolejny nominat Lecha Wałęsy – Marek Jurek. Podobnie jak w wypadku Ryszarda Bendera, nominacja dla Marka Jurka miała – w rachubach Wałęsy – pomóc mu w uzyskaniu elektoratu katolickiego w wyborach prezydenckich 1995 roku. Walkę, zakończoną sporym sukcesem, o częstotliwości dla Radia Maryja prof. Bender uznawał za jedno z największych swoich osiągnięć po 1990 roku. Profesor sam był częstym gościem na antenie toruńskiej rozgłośni.
Gdy 24 lutego 2016 roku ten długoletni wykładowca KUL odszedł do „Domu Ojca”, zarówno Radio Maryja, jak i Telewizja Trwam żegnały go w niezwykle serdeczny sposób. Zawdzięczały mu bardzo wiele.
Piotr Srmka
