23 kwietnia papież Leon XIV wracał samolotem z Afryki. Został zapytany przez dziennikarza z Niemiec o swoją ocenę praktyki błogosławienia par LGBT, którą wprowadza się w różnych diecezjach RFN. Niedawno zrobił to kardynał Reinhard Marx z Monachium, rozsyłając do duszpasterzy (i duszpasterek) wewnętrzną informację. W Niemczech błogosławi się pary tej samej płci w sposób dość uroczysty: są goście, muzyka, elegancki wystrój kościoła. Niby nie jest to sakrament małżeństwa, ale w praktyce powstaje poważne zamieszanie.
Leon XIV zdystansował się od niemieckiej praktyki. Powiedział, że powinno się udzielać tylko takich błogosławieństw, na jakie zezwolił jego poprzednik, Franciszek. To oznacza, że błogosławieństwa powinny być „spontaniczne” i „pozaliturgiczne”. Ot, jakaś krótka modlitwa, a nie regularna ceremonia.
Słowa Leona XIV nie wywarły na Niemcach najmniejszego wrażenia. Najpierw odniósł się do nich profesor Thomas Söding, który współkieruje ważną organizacją – Centralnym Komitetem Niemieckich Katolików. Söding jest jednym z głównych teologów słynnej Drogi Synodalnej – uczestniczy aktywnie w procesie przebudowy katolicyzmu za Odrą w liberalnym kierunku. W rozmowie z mediami powiedział, że słowa Leona XIV „niczego nie zmienią”, bo sprawa błogosławieństw została już wcześniej omówiona z Watykanem – i tyle.
Do tematu odniosła się też szefowa tego samego Komitetu, pani Irme Stetter-Karp. Stwierdziła, że niemieckie błogosławieństwa par jednopłciowych są w porządku, a jedyne, czego potrzeba, to lepsza komunikacja z Watykanem.
Wreszcie rzecz skomentował sam biskup Georg Bätzing z Limburga, do niedawna przewodniczący Konferencji Episkopatu Niemiec, człowiek, który przewodził Drodze Synodalnej. Jak powiedział, błogosławieństwa par LGBT w jego diecezji są „odpowiedzialne” i nie należy ich mylić z małżeństwem, dlatego nie ma potrzeby żadnej korekty.
Jak to możliwe? W końcu światowe media jeszcze kilka dni wcześniej grzmiały, że papież Leon XIV upomina Niemców, że sprzeciwia się ich działaniom, że mówi „dosyć”…
Prawda jest brutalna. Papież Leon XIV prawdopodobnie w ogóle się tym nie interesuje. Na pokładzie samolotu zdystansował się od niemieckiej praktyki, bo tak wypadało. Wracał w końcu z podróży po Afryce, głupio byłoby w tym kontekście pochwalić błogosławienie par LGBT – Afrykanie tego nie lubią! Dlatego powiedział, że trzeba się ograniczać do tego, co postanowił Franciszek… ale to tylko słowa. Nie idą za tym żadne czyny. Co więcej, Leon wyraźnie podkreślił, że są „inne ważniejsze tematy” w sprawach moralnych, takie jak sprawiedliwość, równość i wolność.
Tak wygląda zdecentralizowany Kościół, który na dobre ufundował papież Franciszek. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Jorge Mario Bergoglio nie jest prawdziwym autorem tych wszystkich zmian. Rewolucja zaczęła się już w latach 60. XX wieku. W 1968 roku w kilku krajach odrzucono papieskie nauczanie na temat antykoncepcji. Papieże to krytykowali, ale… nie zdobyli się na wymuszenie posłuszeństwa, de facto akceptując „różnorodność” w tym zakresie. Kwestia udzielania błogosławieństw parom tej samej płci jest tylko kolejnym przejawem tego samego procesu – rażącym, ale przecież co do istoty wcale nie nowym.
Papieże ostatnich dekad z Franciszkiem na czele uznali, że jedność między katolikami jest ważniejsza od zgodności we wszystkich sprawach doktrynalnych i moralnych. Leon XIV w pełni kontynuuje ten kierunek. Ten pogląd ma uzasadnienie socjologiczne, ale rodzi poważne pytania o stosowność teologiczną. Gdyby przenieść tę samą zasadę na czasy starożytne, to należałoby uznać, że arianie albo inni heretycy powinni otrzymać swoje własne miejsce w Kościele. Na co były wszystkie synody i sobory dogmatyczne, jeżeli w kluczowych kwestiach uprawniona jest różnorodność poglądów? Jeszcze do niedawna uważaliśmy, że taka różnorodność to domena grup protestanckich, na przykład anglikanów. Dziś w zasadzie to samo staje się codziennością życia Kościoła.
Nic nie poradzimy na papieskie decyzje. W tej sytuacji pozostaje nam jedno: zadbanie o stan wiary w Polsce. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy pozostać w zgodzie z nauką moralną wszystkich wieków, czy też po prostu ją odrzucić i wybrać liberalny progresizm. Większość polskich biskupów wydaje się być zwolennikami pierwszej opcji. Są jednak i tacy, którzy dość radośnie przyjmują domniemany „postęp”. Wierni powinni wybierać na nich presję – jeżeli nie chcą, żeby i w Polsce błogosławiono za chwilę pary jednopłciowe. To tym ważniejsze, że rząd Donalda Tuska, wspierany przez TSUE, konsekwentnie zmierza do zalegalizowania takich związków…
Paweł Chmielewski
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl
