Wiadomości
Wycofanie się Teda Cruza to niedobry dzień dla amerykańskich konserwatystów. W istocie oznacza to bowiem, że staną oni wobec wyboru między dżumą cholerą. Z jednej strony wściekła aborcjonistka, o której biograf napisał, że „aborcja jest jej religią”, a z drugiej człowiek, który w sprawach obrony życia ma poglądy chwiejne i niejasne. Z jednej strony metodystka, która uznaje, że można i należy zmuszać katolickie zakonnice do finansowania aborcji, z drugiej prezbiterianin, który żony zmienia jak rękawiczki (jak można ufać facetowi, który okłamuje kobiety, które rzekomo kocha), i który deklaruje, że „nie czuł nigdy konieczność proszenia Boga o przebaczenie”. Ktoś, kto wygłasza tego typu opinie, w istocie nie jest chrześcijaninem, nawet jeśli tak się deklaruje.